Adams Jennie - Idealna Asystentka, książki
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
//-->Jennie AdamsIdealna asystentkaROZDZIAŁ PIERWSZY- To bardzo szlachetne z pana strony.Propozycja Allonby'ego wprawiła Molly Taylor w zdumienie. Powinna mu gwał-townie zaprzeczyć, zapewnić,żefirmie jej szefa nic nie grozi. To niemożliwe! Więc dla-czego Allonby mówi z taką pewnością siebie?Molly spojrzała za okno mieszczącej się na czternastym piętrze firmy DoradztwaFinansowego Banninga w Brisbane. Panorama rozciągającego się pod wiecznie błękit-nym australijskim niebem miasta nie zmieniła się ani na jotę, a jednak kilka zdań obcegomężczyzny rzuciło cień na niemal idealnyświatosobistej sekretarki szefa.A jeżeli Allonby ma rację i przedsiębiorstwu Jarroda rzeczywiście grozi bankruc-two? Nieznajomy proponował jej pracę, ale cóż z tego, skoro Molly nie umiała sobiewyobrazić rozstania ze swym obecnym szefem.- Jestem zaskoczona - dodała, odwracając się od okna. Spoglądając na stojącegoprzed nią mężczyznę, odgarnęła za ucho pasmo włosów i jednym palcem poprawiła zsu-wające się z nosa okulary. - Ktoś musiał panaźlepoinformować. - Jej szef podejmowałczęstośmiałedecyzje finansowe w interesie klientów, którzy powierzali mu pieniądze, ibył w swoim fachu mistrzem.- Zapewniam panią,żemoje informacje pochodzą z bardzo pewnegoźródła.- Al-lonby i Molly znajdowali się naśrodkuobszernej recepcji, w której stało jej biurko, aleod gabinetu szefa dzieliły ich tylko zamknięte drzwi. Dlatego pewnie nieznajomy zniżyłgłos, dodając: - No wie pani, nawet miliarderzy popadają niekiedy w kłopoty.- Bardzo pana przepraszam, ale nie do mnie należy ocena położenia finansowegofirmy mojego szefa - odparła z godnością.Co nie znaczy, by nie orientowała się, jak wielka była fortuna Jarroda Banninga ijego rodziców, właścicieli cieszącej się ustaloną renomą firmy produkującej meble iurządzenia domowe o nazwie „Road Ten". Wiedziała ponadto,żeJarrod pracował po-czątkowo w rodzinnej firmie, ale potem się usamodzielnił, zakładając własny biznes.Dowiedziała się o tym od niego samego trzy lata temu, kiedy przyjmował ją do pracy.Czyżby teraz rzeczywiście popadł w tarapaty?LTRMolly zmierzyła Allonby'ego surowym wzrokiem.- Może mi pan powiedzieć, od kogo pochodzą pańskie informacje? - zapytała.- Od znajomych i paru innych osób należących do kręgów towarzyskich, w którychsię obracam.Nie brzmiało to zbyt przekonująco, niemniej było nie do zlekceważenia.- Chodzi mi w tej chwili przede wszystkim o to, aby zapewnić sobie na przyszłośćpani zawodowe usługi - po krótkiej chwili dodał Allonby.- Dziękuję za uznanie, chociaż nie bardzo rozumiem, dlaczego tak panu zależy nausługach w gruncie rzeczy nieznanej mii osoby - oświadczyła Molly.- Lubię mieć oczy i uszy otwarte. Słyszałem kiedyś, jak Banning zachwalał paniwybitne umiejętności - oświadczył przymilnie Allonby.Miała to być zachęta do przyjęcia jego propozycji, lecz Molly usłyszała tylko,żeszef ją chwalił. Już samo to,żeJarrod pamiętał o jej istnieniu, budziło w sercu Mollygłupie i zupełnie niestosowne emocje.Uspokój się! - upomniała się w duchu. Co z tego,żegdzieś tam o tobie wspomniał!Pewnie był zadowolony,żeodebrałaś w porę jego ubranie z pralni!Zgasłoświatełkona zainstalowanym zaledwie godzinę wcześniej interkomie,wskazując,żeszef zakończył rozmowę. Zabłysło inneświatełko,którego funkcji jeszczenie znała. Allonby podszedł do biurka Molly i położył na nim swą wizytówkę.- Proszę rozważyć moją propozycję - powiedział. - Nie mam wątpliwości,żemojejfirmie przydałaby się osoba taka jak pani.- Wezmę otrzymane od pana informacje pod uwagę - odparła Molly.Chciała jak najszybciej się go pozbyć i poinformować Jarroda o tym, co jej powie-dział.Ale gdy chwilę później Allonby grzecznie się pożegnał i wyszedł, Molly nagleopuściła odwaga. No bo jak by to wyglądało, gdyby wkroczyła do szefa i zaczęła go wy-pytywać o stan jego finansów?Zapragnęła zadzwonić do matki, do ciotki Izzy albo do Faye. Wprawdzie wszystkietrzy doprowadzały ją nieraz swoją lekkomyślnością i brakiem troski o przyszłość do roz-paczy, ale stanowiły jej najbliższą rodzinę i bardzo je kochała.LTRW tym momencie z gabinetu wyłonił się jej szef. Włosy miał zmierzwione, a z jegoszarych oczu o złocistozielonych refleksach sypały się iskry.- Weź torebkę i chodź! - oświadczył, podkreślając te słowa szerokim machnięciemręki. - Zapraszam na wczesny lunch. Musimy porozmawiać.- Dobrze, nie mam akurat nic pilnego. - Szef wyglądał wprawdzie na mocno ziry-towanego, lecz Molly nie dopuszczała do siebie myśli,żejego chęć „porozmawiania"może mieć coś wspólnego z kłopotami w interesach. Niemniej zapytała: - Czy... z telefo-nem od pana Daniela były jakieś problemy?Musiała dobrze wyciągać nogi,żebydotrzymać mu kroku w drodze do windy.- Pytałaś, czy z telefonu od Daniela wynikły jakieś problemy? - rzucił Jarrod z po-nurą miną, naciskając przycisk w windzie. - Owszem, między innymi.Molly przyjrzała mu się spod oka. Oto wielki biznesmen w znakomicie skrojonymgarniturze. Finansowy geniusz. To prawda, zdarzały mu się agresywne posunięcia, alekażdemu nowemu przedsięwzięciu oddawał się ciałem i duszą, a ona...To, co sobie myślisz albo czujesz, nie ma tu nic do rzeczy, skarciła samą siebie.Wciąż jednak nie mogła uwierzyć w jego finansowe niepowodzenia. Winda zjechała naparter i po chwili znaleźli się na ulicy.- Słyszałem twoją rozmowę z Allonbym. Przez ten nowy interkom. Słyszałem, jakproponował ci posadę - oświadczył Jarrod.- Och! - bąknęła. - To teraz już wiem, co oznacza to drugie czerwoneświatełko.- No właśnie. - Ująwszy ją podłokieć,skierował się do pobliskiej kafejki. - Czyty...?- Nie. Po wyjściu Allonby'ego chciałam ci o wszystkim powiedzieć, ale nie wie-działam jak.A teraz było już za późno.- Rozumiem - odparł z wymuszonym uśmiechem, mocniej ujmując ją załokieć.W tym,żetrzyma cię załokieć,nie ma nic szczególnego, upomniała się Molly. Wdodatku, kiedy jest wściekły. Zamiast odczuwać przyjemność, powinnaś trząść się zestrachu!LTR- Przepraszam, ale czasem gadam za dużo, zwłaszcza kiedy jestem czymś skrępo-wana albo zaniepokojona. Chociaż normalnie umiem trzymać język na wodzy. No chybażemama, Izzy albo Faye szczególnie dadzą mi się we znaki. Sama nie wiem, po co tomówię. Jeszcze raz przepraszam.- Nie musisz się martwić o posadę. Od tej strony absolutnie nic ci nie grozi - uspo-koił ją Jarrod. - Proponuję,żebywięcej o tym nie mówić.- Dziękuję. Właściwie to wcale się nie martwiłam, no może troszeczkę, ale nie wie-rzyłam,żenaprawdę coś ci grozi, niemniej teraz mi ulżyło. - No nie, znowu paple jak na-jęta. - W każdym razie i tak nie przyjęłam jego propozycji.- Nie będzie ci potrzebna.Weszli tymczasem do barku szybkiej obsługi i po złożeniu zamówienia usiedliprzy ustronnym stole z widokiem na rzekę.- Ale skoro firmie nic nie grozi, to dlaczego pan Allonby przyszedł do mnie z takąofertą? - zagadnęła Molly.- Bo rozeszły się pogłoski o moim rzekomym bankructwie. Krążą od niedawna, alezataczają coraz szersze kręgi. Ktoś usiłuje mnie zrujnować - wyjaśnił Jarrod. - Dowie-działem się o tym dopiero od Daniela. Z trudem zdołałem go przekonać,żebynie wyco-fywał swojego kapitału. No i oczywiście stanowczo zaprzeczyłem bezsensownym pogło-skom o moim bankructwie.- Cieszę się,żesą nieprawdziwe. Ale jednak ktoś usiłuje ci zaszkodzić.- Najwyraźniej. - Po chwili dodał, patrząc jej prosto w oczy: - Czekają nas trudnechwile, Molly. Ten, kto te plotki rozpuścił, musi mieć duże wpływy w kręgach, w któ-rych i ja się obracam.- I chce zasiać w nich nieufność do twojej firmy - zauważyła Molly.A więc chodzi o ekskluzywnyświatmiejscowej socjety, całkowicie niedostępnydla takiej szarej myszki jak ona.Jarrod skinął głową.- Jeżeli to się rozejdzie i ludzie się przestraszą... - Zaczną jeden po drugim wyco-fywać swój kapitał. - Molly czuła narastające oburzenie. - Komu mogłoby na tym zale-żeć?LTR
[ Pobierz całość w formacie PDF ]