Adams Douglas - Dirk Gently 01 - Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gentlyego, Dirk Gently(1)

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Adams Douglas - Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’egoTłumaczyła Kinga DobrowolskaOd Autora

Zamieszczony w tej książce opis Kolegium Świętego Cedda, jeśli w ogóle skupia się na jakichś szczegółach, zawdzięcza je głównie moim wspomnieniom o Kolegium Świętego Jana w Cambridge, choć zapożyczałem się także bez specjalnych uprzedzeń u innych szkół. Sir Isaac Newton uczęszczał w rzeczywistości do Kolegium Trójcy Świętej, a Samuel Taylor Coleridge do Kolegium Jezusa.

Chodzi o to, że Kolegium Świętego Cedda to całkowicie fikcyjny twór, zlepek, nie należy więc doszukiwać się żadnych podobieństw pomiędzy przedstawionymi tu instytucjami oraz postaciami a rzeczywistymi instytucjami oraz ludźmi - żywymi, martwymi lub też błądzącymi wśród nocy w upiornej męce.

Książka ta została napisana i wydrukowana na komputerze Apple Macintosh Plus oraz drukarce LaserWriter Plus przy użyciu oprogramowania marki MacAutor.

Na koniec zaś chciałbym szczególnie gorąco podziękować pani Sue Freestone za wszelką pomoc, której doświadczyłem od niej przy narodzinach tego dzieła.

Douglas Adams

Londyn. 1987

       

Mojej matce,

której spodobał się kawałek z koniem

Rozdział pierwszy

Tym razem nie będzie żadnych świadków.

Tym razem była tylko martwa ziemia, huk gromu i początek tej nie kończącej się lekkiej mżawki z północnego wschodu, która odtąd, jak się zdaje, towarzyszy wszystkim najdonioślejszym chwilom w dziejach świata.

Ustały już wczorajsze i przedwczorajsze burze, opadła zeszłotygodniowa powódź. Niebiosa wprawdzie nadal pęczniały od deszczu, lecz w narastającej grozie wieczoru zacinała tylko ohydna mżawka.

Poryw wiatru smagnął ciemniejącą równinę, zabłąkał się na chwilę wśród niewysokich pagórków, po czym wionął przez nieduże zagłębienie doliny, w samym środku której wznosiła się jakaś konstrukcja, coś jakby przechylona wieża, samotna wśród koszmaru błot.

Wieża przypominała poczerniały pniak. Sterczała w górę jak intruzja magmy, która wypłynąć mogła tylko z najbardziej zatraconej czeluści piekieł. Pochylała się pod dosyć szczególnym kątem, jak gdyby przygnieciona czymś dużo poważniejszym niż tylko jej własna, dość znaczna przecież masa.

Jedynym ruchem, jaki dało się tu zauważyć, był powolny przepływ rzeki błota, która sunęła ospale doliną u stóp wieży. Jakąś milę czy dwie dalej rzeka ta wpadała w jar i tam znikała pod ziemią.

Lecz w miarę jak narastały ciemności, stawało się coraz bardziej oczywiste, że wieża nie jest zupełnie pozbawiona życia. Głęboko w jej wnętrzu pulsował pojedynczy strumień zamglonego, czerwonego światła.

Światło to było ledwo widoczne - pomijając, rzecz jasna, fakt, że i tak nie było tam nikogo, kto mógłby je widzieć (tym razem żadnych świadków) - niemniej światło to z całą pewnością istniało. Najpierw z każdą minutą stawało się odrobinę mocniejsze i odrobinę jaśniejsze, a potem powoli zanikało, aż w końcu niemal zupełnie zniknęło. W tym samym czasie z wiatrem przyżeglował cichy, żałobny głos; dźwięk narastał aż do kulminacyjnego lamentu, po czym rozwiał się, powoli i smętnie.

Minęło nieco czasu i pojawiło się następne światło, tym razem małe i ruchome. Pojawiło się tuż przy ziemi i poczęło chybotliwie okrążać wieżę, od czasu do czasu przerywając na chwilę swój kolisty marsz. A potem światełko oraz ledwo dostrzegalny cień niosącej go postaci na powrót zniknęły we wnętrzu wieży.

Upłynęła godzina, a wraz z jej końcem nastała absolutna ciemność. Świat wyglądał jak martwy, noc przeistoczyła się w pustkę.

Później poświata znów się pokazała, bliżej wierzchołka wieży, i tym razem narastanie światła zdawało się mieć jakiś konkretny cel. Szybko urosło do uprzednio osiągniętego szczytowego punktu natężenia i pięło się dalej, ciągle narastając. Żałobny głos, który mu towarzyszył, wznosił się coraz wyżej i brzmiał coraz ostrzej, aż przeistoczył się w przeraźliwe, żałosne wycie; i ono nie ustawało - przeistoczyło się w oślepiający wrzask, a światło przeszło w ogłuszającą czerwień.

Aż wtem zamarły - i wrzask, i światło.

Nastąpiła milisekunda ciemności i ciszy.

Wśród błota u stóp wieży nabrzmiało i zachybotało nowe, zdumiewające i blade światło. Niebo zwarło się gwałtownie, góra błota konwulsyjnie zadrżała, niebiosa i ziemia ryknęły coś do siebie, nastąpiła potworna różowość, nagła zieloność, chmury zaplamiła ociężała pomarańczowość, a potem światło zgasło i wreszcie zapadła głęboka, ohydna ciemność. Nie słychać było nic poza miękkim pluskiem wody.

Za to rankiem słonko wstało, nadając niezwyczajny blask dniowi, który był, a raczej wydawał się, albo może raczej wydawałby się - gdyby na miejscu znajdował się ktoś, komu mogłoby się cokolwiek wydawać - cieplejszy, jaśniejszy i przejrzystszy, jednym słowem: o wiele bardziej żywy niż wszystkie dni przed nim. Wśród potrzaskanych resztek doliny płynęła teraz przejrzysta rzeka.

Czas zaczął płynąć na poważnie.

Rozdział drugi

Wysoko na skalistym półwyspie siedział elektryczny mnich na znudzonym koniu. Spod szorstkiej tkaniny kaptura wpatrywał się bez zmrużenia oka w zupełnie inną dolinę, z którą miał właśnie pewien problem.

Dzień był gorący; słońce stało wysoko na zamglonym, pustym niebie i biło bezlitośnie w szare skały i szczeciniastą, wysuszoną trawę. Wszystko tkwiło w bezruchu, nawet mnich. Jedynie ogon konia drgał leciutko w daremnej próbie poruszenia stężałego powietrza, lecz poza tym już nic. Wszystko inne pozostawało nieruchome.

Elektryczny mnich to urządzenie, które ma zaoszczędzić człowiekowi pracy, tak jak zmywarka do naczyń albo magnetowid. Zmywarki załatwiają za niego nudne zmywanie, magnetowidy - nudne oglądanie telewizji, elektryczne mnichy zaś zastępują go w wierze w najróżniejsze rzeczy, uwalniając w ten sposób od prawdziwie uciążliwego obowiązku - wierzenia w to wszystko, w co świat każe mu wierzyć.

Niestety, w tym akurat elektrycznym mnichu powstała pewna usterka, wskutek której zaczął on wierzyć w najrozmaitsze, na chybił trafił wybrane rzeczy. Zdarzało mu się uwierzyć w coś, w co nawet mieszkańcy Salt Lake City uwierzyliby z najwyższym trudem. Mnich, rzecz jasna, nigdy nie słyszał o Salt Lake City. Nie słyszał także o kwingiglionie, a jest to mniej więcej tyle, ile mil dzieliło jego dolinę od Wielkiego Słonego Jeziora w Utah.

Problem z doliną przedstawiał się tak: mnich aktualnie wierzył, że owa dolina, wraz ze wszystkim, co się w niej znajdowało, i wszystkim, co ją otaczało - nie wyłączając samego mnicha i jego konia - była w jednolitym odcieniu bladego różu. Z faktu tego wynikała niejaka trudność w rozróżnianiu poszczególnych obiektów, w związku z czym wszelkie działania stały się praktycznie niemożliwe, a w każdym razie trudne i niebezpieczne. I stąd właśnie brała się nieruchawość mnicha oraz znudzenie konia, który swego czasu musiał znosić różne głupstwa, lecz żywił sekretne przekonanie, że teraz ma do czynienia z najgorszym.

Od jak dawna mnich wierzył w to wszystko?

Hm, jeśli już o tym mowa, to od zawsze. Wiara, która przenosi góry, a przynajmniej wbrew wszelkim istniejącym dowodom utrzymuje, że są one różowe, jest wiarą solidną i trwałą, potężną opoką, w którą świat może sobie ciskać, co zechce, bo i tak nie wstrząśnie jej posadami. W praktyce - koń wiedział...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ksmwzg.htw.pl