Adams Douglas - 3 - Życie wszechświat i cała reszta, Adams Douglas

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 

Douglas Adams

Życie, wszechświat
i cała reszta

Life, The Universe And Everything

Tłumaczył Paweł Wieczorek

Wydanie oryginalne: 1982



Wydanie polskie: 1995

Dla Sally

Rozdział 1

Artura Denta już od dłuższego czasu budził co rano własny krzyk przerażenia. Otwierał oczy i natychmiast sobie przypominał, gdzie się znajduje.

Mniejsza z tym, że jaskinia była zimna, że była wilgotna i smrodliwa, prawdziwy problem polegał na tym, że leżała w środku Islington, niedaleko centrum Londynu, a następny autobus odchodził za dwa miliony lat.

Czas jest - jeśli wolno się tak wyrazić - najgorszym miejscem, w jakim można się zgubić, a Artur Dent z pewnością mógłby to potwierdzić, gdyż już wielokrotnie gubił się zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Gdy ktoś gubi się w przestrzeni, ma przynajmniej co robić.

Po długim i skomplikowanym ciągu wydarzeń, w czasie których - w dziwaczniejszych okolicach Galaktyki, niż mógłby sobie kiedykolwiek wyobrazić w najśmielszych marzeniach - na zmianę to na niego wrzeszczano, to go obrażano, utknął na prehistorycznej Ziemi i nawet jeśli jego życie stało się obecnie bardzo, ale to bardzo spokojne, ciągle jeszcze był lekko roztrzęsiony.

Mijało właśnie pięć lat, odkąd nikt na niego nie nawrzeszczał.

Odkąd cztery lata temu rozstał się z Fordem Prefectem, prawie nikogo nie widywał, nikt go więc też od tego momentu nie obraził.

Z jednym wyjątkiem.

Zdarzyło się to pewnego wiosennego wieczora mniej więcej dwa lata przed opisywanymi właśnie wydarzeniami.

Właśnie wrócił tuż po zmroku do swej jaskini, gdy zauważył błyskające tajemniczo przez chmury światła. Odwrócił się i zagapił w górę, w sercu nagle zakiełkowała mu nadzieja. Ratunek. Ocalenie. Najtęskniejsze marzenie rozbitka - statek.

Patrzył, zdziwiony i podniecony, i wybałuszał oczy, a przez ciepłe wieczorne powietrze ni stąd, ni zowąd zupełnie bezgłośnie spłynął w dół srebrny statek kosmiczny i rozpostarł długie nogi w perfekcyjnej technicznie baletowej ewolucji. Osiadł miękko na ziemi, a słyszalne przy lądowaniu delikatne buczenie zamarło niby uśpione przez wieczorną ciszę. Wysunął się trap. Ze środka wypłynęło światło. W luku pojawiły się kontury wysokiej postaci. Obcy powoli zszedł po trapie i stanął przed Arturem.

- Jesteś cymbał, Dent - powiedział po prostu.

Wyglądał obco, bardzo obco. Miał charakterystyczny dla Obcych wzrost, cechującą Obcych płaską głowę i małe, typowe dla Obcych szparkowate oczy. Odziany był w złote szaty, ułożone w ekstrawaganckie fałdy, z szalenie obco wyglądającym deseniem na kołnierzu; miał bladą, szarozieloną skórę, posiadającą ów świecący połysk, jaki na większości szarozielonych twarzy udaje się osiągnąć jedynie za pomocą wielu ćwiczeń i bardzo drogiego mydła.

Artur gapił się na niego jak wół na malowane wrota, a Obcy patrzył na niego jakby nigdy nic.

Pierwsze jaskółki nadziei i podniecenia zostały natychmiast pokonane przez zdziwienie i najrozmaitsze myśli zaczęły walczyć w głowie Artura o prawo do użycia strun głosowych.

- Ooo...? - zapytał. - Blaa... aa... bla... - dodał. - Ooo... too... ooo... kto? - wybełkotał w końcu i pogrążył się w posępnym milczeniu. Uświadomił sobie, że przecież odkąd jest w stanie sięgnąć pamięcią, nie odzywał się do nikogo słowem.

Obcy zmarszczył czoło i rzucił okiem na coś w rodzaju notatnika, który trzymał w mizernej i chudej jak szczapa, typowej dla Obcych dłoni.

- Artur Dent? - zapytał.

Artur bezradnie kiwnął głową.

- Artur Filip Dent? - dodał Obcy, wydając z siebie coś w rodzaju przenikliwego szczeknięcia.

- Ee... ee... tak... ee... ee... - potwierdził Artur.

- Jesteś cymbał - powtórzył Obcy. - Jesteś najprawdziwszym durniem.

- Ee...

Obcy sam sobie przytaknął, kiwając potwierdzająco głową, postawił w notatniku obco wyglądającego ptaszka, szybko odwrócił się i ruszył żwawo do statku, którym przed chwilą przybył.

- Ee... - powiedział Artur desperacko - ee...

- Nie odzywaj się tak do mnie! - warknął Obcy.

Wszedł na trap, minął luk i zniknął w środku. Statek zamknął się i po chwili rozległo się głębokie i pulsujące buczenie.

- Eee... hej! - wykrzyknął Artur i zaczął niemrawo biec w jego kierunku. - Moment! Co to ma znaczyć? Zaraz! Czekaj!

Statek zaczął się unosić, choć dość dziwnie - sprawiał wrażenie, jakby pozbywał się własnego ciężaru. Na chwilę zawisł w powietrzu, potem jednak wystrzelił w niezwykły sposób w wieczorne niebo. Przeleciał przez chmury, które na moment rozbłysnęły jasnym światłem, i tyle go było, Artur zaś, bezradnie podrygując i podskakując w miejscu, został sam w środku niezmierzonych połaci ziemi.

- Co?! - wył. - Co powiedziałeś? Co jestem? Czekaj no! Wracaj natychmiast i powiedz to jeszcze raz!

Skakał i podrygiwał, aż zabolały go nogi, krzyczał, aż zaczęło mu charczeć w płucach. Nikt nie odpowiadał. Nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć albo chciał porozmawiać.

W tym właśnie momencie obcy statek kosmiczny z dudnieniem zbliżał się do górnych warstw atmosfery, skąd zaraz wyleci w przerażającą pustkę, która oddziela od siebie niesamowicie małą liczbę istniejących we wszechświecie rzeczy. Jego właściciel, Obcy z niezwykłą cerą, rozparł się w fotelu. Nazywał się Wowbagger Nieskończenie Przedłużony i był człowiekiem z zasadami. Sam pierwszy by przyznał, że nie były one zbyt dobre, ale liczyło się przede wszystkim to, że ma zasady. Poza tym utrzymywały go w ruchu.

Wowbagger Nieskończenie Przedłużony był - znaczy się, jest - jednym z bardzo niewielu nieśmiertelnych we wszechświecie. Ci, którzy rodzą się jako nieśmiertelni, wiedzą instynktownie, jak radzić sobie z wiecznym życiem, Wowbagger niestety do nich nie należał. Prawda jest taka, że od pewnego momentu zaczął wręcz nienawidzić tej sfory pogodnych łobuzów. Nieśmiertelność przytrafiła mu się zupełnie niechcący, z powodu nieszczęśliwego wypadku z przyspieszaczem cząstek, który nagle stracił rozum, płynnym obiadem i paroma gumowymi krążkami. Dokładne szczegóły tego nieszczęśliwego wypadku nie grają roli, gdyż nikomu nie udało się powtórzyć warunków, w jakich do niego doszło, wiele zaś osób, które tego próbowały, wyszło na głupków, zginęło albo i jedno, i drugie.

Wowbagger podenerwowany i zmęczony zamknął oczy, znalazł w radiu pokładowym stację nadającą lekki jazz i po raz kolejny stwierdził, że mógłby poradzić sobie z nieśmiertelnością, gdyby nie te przeklęte niedzielne popołudnia. Naprawdę mógłby sobie z nią poradzić.

Na początku nieśmiertelność sprawiała mu przyjemność. Pysznie się bawił narażaniem życia, podejmowaniem śmiertelnego ryzyka, zgarnianiem olbrzymich sum z wysoko oprocentowanych, długoterminowych lokat kapitału i w ogóle życiem dłużej od kogo się da. Po pewnym czasie okazało się jednak, że nie może dojść do ładu z niedzielnymi popołudniami i okropną niechęcią do robienia czegokolwiek, która zaczyna się około godziny 2.55, gdy człowiek stwierdza, że już wziął tyle kąpieli, ile jest sens brać jednego dnia, że bez względu na to, jak intensywnie będzie się wpatrywać w artykuł w gazecie, nigdy go naprawdę nie przeczyta ani nie będzie stosować omawianej w nim nowej rewelacyjnej techniki obrzezywania oraz że wskazówki nieubłaganie zbliżają się do godziny czwartej i zaraz zacznie się długa, ponura godzina, kiedy dusza pije herbatę.

W ten sposób coraz więcej rzeczy przestawało mieć urok. Z twarzy Wowbaggera zaczął znikać uśmiech zadowolenia, który zwykle prezentował na pogrzebach kolejnych znajomych. Zaczął pogardzać wszechświatem jako takim, a w szczególności każdym jego mieszkańcem.

Wtedy przyjął pewne życiowe zasady. Podjął się zadania, które da mu cel w życiu i - w takiej mierze, w jakiej mógł to przewidzieć - pozwoli zachować werwę po wsze czasy.

Podjął decyzję, że będzie lżył wszechświat. To znaczy: będzie obrzucać wyzwiskami każdą istotę we wszechświecie. Indywidualnie, osobiście, jedną po drugiej i (z tego powodu naprawdę radośnie zgrzytał zębami) w kolejności alfabetycznej.

Gdy ten i ów - co czasem się zdarzało - rezonował, że plan jest nie tylko nie przemyślany, lecz po prostu niemożliwy do wykonania z powodu wielkiej liczby istot, które ciągle się rodzą i umierają, wbijał w adwersarza lodowaty wzrok i mówił:

- Chyba wolno mężczyźnie mieć marzenia?

Tak więc zaczął. Wyposażył specjalnie zbudowany statek kosmiczny w komputer zdolny do opracowywania danych potrzebnych do stałego aktualizowania wiedzy o ludności znanego wszechświata i obliczania wynikających z tego niesamowicie skomplikowanych tras podróży.

Właśnie teraz statek przecinał orbity planet Układu Słonecznego i szykował się do okrążenia Słońca, by wystrzelić jak z procy w przestrzeń międzygwiezdną.

- Komputer! - odezwał się Wowbagger.

- Jestem! - wrzasnął komputer.

- Dokąd teraz?

- Właśnie obliczam.

Wowbagger przez chwilę patrzył na wspaniałe klejnoty nocy, miriady maleńkich diamentowych światów, obsypujących światłem nieskończoną ciemność. Każdy, dosłownie każdy z nich leżał na jego drodze. Większość odwiedzi miliony razy.

Przez chwilę wyobrażał sobie trasę swej podróży, łącząc planety linią, jak przy grze z ponumerowanymi punktami. Miał nadzieję, że powstały wykres, widziany z odpowiednio dobranego miejsca we wszechświecie, okaże się bardzo nieprzyzwoitym słowem.

Komputer zapiszczał niemelodyjnie, informując, że jest gotów z obliczeniami.

- Folfanga - stwierdził. Zapiszczał. - Czwarta planeta w systemie Folfanga - dodał. Znów zapiszczał. - Przewidywany czas podróży trzy tygodnie. - Znów zapiszczał. - Spotkamy tam małego rozrabiakę - zapiszczał - z plemienia A-Rth-Urp-Hil-Jpdenu. Zdaje mi się - dodał po małej przerwie, w czasie której piszczał - że zdecydowałeś się określić go jako bezmózgiego dupka.

Wowbagger zacharczał. Przez chwilę oglądał majestat Stworzenia za oknami.

- Myślę, że utnę sobie małą drzemkę. Przez rejon jakich stacji telewizyjnych będziemy przelatywać w ciągu najbliższych kilku godzin?

Komputer zapiszczał.

- Kosmowid, Myślopix i Domowa Łebska Skrzynka - zapiszczał.

- Jakieś filmy, których nie widziałem już trzydzieści tysięcy razy?

- Nie.

- No cóż...

- Dają Strach w kosmosie. Widziałeś go dopiero trzydzieści trzy tysiące pięćset siedemnaście razy.

- Obudź mnie na drugą połowę.

Komputer zapiszczał.

- Przyjemnych snów.

Statek leciał przez noc.

W tym czasie na Ziemi zaczęło lać jak z cebra. Artur Dent siedział w jaskini i przeżywał jeden z najpodlejszych wieczorów swego życia. Po głowie chodziło mu, co mógł powiedzieć Obcemu, i rozgniatał muchy, które też miały podły wieczór.

Następnego dnia zrobił sobie torbę z króliczego futra, uznał bowiem, że może mu się przydać do chowania różnych rzeczy.

Rozdział 2

Minęły dwa lata od wizyty Wowbaggera. Poranek był łagodny i pachnący. Artur wypełzł z jaskini, którą nazywał swym domem - dopóki nie znajdzie się lepsze określenie lub lepsza jaskinia. Mimo że gardło znów go bolało od porannego krzyku przerażenia, był ni stąd, ni zowąd w szalenie dobrym humorze. Szczelnie owinął się swym wyświechtanym szlafrokiem i promiennie uśmiechnął się do poranka.

Powietrze było czyste i pachnące, w wysokiej trawie wokół jaskini igrał lekki wiaterek, ptaki szczebiotały do siebie, motyle trzepotały ładnie to tu, to tam i cała przyroda sprawiała wrażenie, że sprzysięgła się być tak miła, jak to tylko możliwe.

Jednak nie te wiejskie rozkosze powodowały, że Artur czuł się wesoło. Radość brała się stąd, że wpadł mu do głowy bajeczny pomysł, jak poradzić sobie ze straszliwą samotnością, majakami sennymi, fiaskiem prób założenia ogrodu, absolutnym brakiem perspektyw i bezsensem życia na prehistorycznej Ziemi. Pomysł polegał na tym, by zwariować. Znów się rozpromienił i oderwał zębami kawałek mięsa z króliczej nogi, która została z kolacji. Przez chwilę żuł szczęśliwy, potem postanowił oficjalnie ogłosić swą decyzję.

Wstał, ruszył pewnym krokiem i wbił wzrok w pola i wzgórza. By nadać swym słowom wagę, wetknął we włosy króliczą kość. Szeroko rozpostarł ramiona.

- Wariuję! - oznajmił.

- Świetny pomysł - powiedział Ford Prefect, złażąc ze skały, na której siedział.

Mózg Artura zaczął wykonywać salta. Jego szczęka zaczęła robić pompki.

- Przez pewien czas też byłem wariatem - powiedział Ford. - Szalenie dobrze mi to zrobiło.

Oczy Artura rozpoczęły kręcenie młynka.

- Wyglądasz... - zaczął Ford.

- Gdzie się podziewałeś? - przerwał mu Artur, kiedy poszczególne części jego głowy skończyły zestaw ćwiczeń.

- Wszędzie - powiedział Ford. - Tu i tam. - Wyszczerzył zęby w sposób, o którym doskonale wiedział, że wywołuje u jego rozmówców chęć chodzenia po ścianach. - Pozwoliłem swemu rozumowi dostać na jakiś czas fioła. Uznałem, że jeśli świat będzie mnie potrzebował, to się zgłosi. Tak też się stało.

Z okropnie wyświechtanej i torby wyjął czujnikomat sub-eta.

- Przynajmniej tak mi się wydaje. Ten mądrala niedawno wydał z siebie kilka dźwięków. - Ford potrząsnął czujnikomatem. - Jeśli to był fałszywy alarm, zwariuję. Oszaleję z powrotem.

Artur potrząsnął głową i usiadł. Spojrzał w górę na Forda.

- Myślałem, że nie żyjesz... - powiedział prosto z mostu.

- Przez jakiś czas tak było - powiedział Ford - ale potem postanowiłem zostać na parę tygodni cytryną. Szaloną przyjemność sprawiało mi wskakiwanie i wyskakiwanie z ginu z tonikiem.

Artur odchrząknął. Zaraz potem odchrząknął jeszcze raz.

- Gdzie do diabła...? - spytał.

- ...znalazłem gin z tonikiem? - dokończył wesoło Ford. - Znalazłem jeziorko, które uważało, że jest pełne ginu z tonikiem, więc wskakiwałem do niego i wyskakiwałem. Przynajmniej wydaje mi się, iż uważało, że jest pełne ginu z tonikiem... Może jednak - dodał z uśmiechem, na widok którego każdy roztropny człowiek wdrapałby się na drzewo - tylko tak sobie ubzdurałem...

Czekał na reakcję ze strony Artura, ten jednak nie był aż tak głupi.

- Opowiadaj dalej - poprosił z rezygnacją.

- Sedno sprawy tkwi w tym, rozumiesz - ciągnął Ford - że nie ma sensu doprowadzać się do szaleństwa bronieniem się przed szaleństwem. Tak samo dobrze można przestać się męczyć i zachować rozsądek na późniejszy użytek.

- Jesteś znów przy zdrowych zmysłach czy nie? - zapytał Artur. - Pytam z czystej ciekawości.

- Byłem w Afryce - odparł Ford.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

- I jak tam było?

- A więc to jest twoja jaskinia? - zapytał Ford.

- No tak...

Artur czuł się bardzo dziwnie. Prawie po czterech latach izolacji tak się cieszył i czuł taką ulgę na widok Forda, że mógłby się rozryczeć. Z drugiej strony Ford był typem, który natychmiast działał na nerwy.

- Bardzo miła - uznał Ford, patrząc na jaskinię Artura. - Musisz jej naprawdę nienawidzić.

Artur nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć.

- Afryka była bardzo ciekawa - ciągnął Ford. - Zachowywałem się tam bardzo osobliwie. - Zamyślony gapił się w dal. - Zacząłem być okrutny dla zwierząt - rzucił od niechcenia - ale jedynie dla hobby.

- Aha... - ostrożnie podtrzymał temat Artur.

- Naprawdę - zapewnił Ford. - Nie chciałbym się jednak naprzykrzać z detalami, gdyż...

- Gdyż?

- ...mogłyby być dla ciebie przykre. Może cię mimo wszystko zainteresuje, że wyłącznie ja jestem odpowiedzialny za formę zwierzęcia, które w swojej epoce poznałeś jako żyrafę. Próbowałem też uczyć się latać. Wierzysz mi?

- Opowiedz.

- Kiedy indziej. Chciałbym tylko nadmienić, że Autostopem mówi...

- Auto...?

- Autostopem. Przewodnik Autostopem przez Galaktykę. Pamiętasz go jeszcze?

- Oczywiście. Pamiętam, że wrzuciłem go do rzeki.

- No tak - rzekł Ford - a ja go wyłowiłem.

- Nie mówiłeś o tym.

- Nie chciałem, żebyś wrzucił go tam jeszcze raz.

- Rozumiem - zgodził się Artur. - I co mówi?

- Kto?

- Autostopem. Co mówi Autostopem?

- Autostopem mówi, że latanie to sztuka, a raczej sztuczka. Polega na tym, by rzucić się na ziemię i nie trafić w nią. - Uśmiechnął się słabo. Wskazał na kolana spodni i podniósł ręce, by pokazać łokcie. Były tam same dziury. - Na razie niezbyt mi idzie - powiedział. Wyciągnął rękę. - Arturze, bardzo się cieszę, że cię widzę.

Z nagłym napływem wzruszenia i zadziwienia Artur pokręcił głową.

- Przez lata nie widziałem nikogo na oczy - powiedział. - Nikogo. Prawie już zapomniałem, jak się mówi. Ciągle zapominam słowa... choć ćwiczę, mówiąc... do tych... no... Jak nazywa się to, do czego nie wolno mówić, bo ludzie pomyślą, że jest się wariatem? Jak Jerzy III.

- Królowie? - zaproponował Ford.

- Nie, nie - powiedział Artur. - Te przedmioty, z którymi zwykle rozmawiał. Jesteśmy nimi otoczeni, na miłość boską! Sam posadziłem setki. Wszystkie uschły. Drzewa! Ćwiczę, rozmawiając z drzewami... A co to ma znaczyć?

Ford ciągle jeszcze wyciągał rękę. Artur patrzył na nią, nic nie rozumiejąc.

- Uściśnij - rozkazał Ford.

Artur wykonał polecenie. Z początku niepewni jakby nagle mogło się okazać, że to nie ręka, ale ryba. Potem z przypływem ulgi złapał ją mocno w obie dłonie. Ściskał i ściskał.

Po chwili Ford uznał za wskazane zabrać rękę.

Wspięli się na czubek pobliskiej skały i oglądali otaczający pejzaż.

- Co się stało z ludźmi z Golgafrinchamu? - zapytał Ford.

Artur wzruszył ramionami.

- Wielu nie wytrzymało zimy przed trzema laty - odparł - a tych paru, których zostało, powiedziało na wiosnę, że muszą mieć wakacje, i prysnęło tratwą. Historia uczy nas, że musieli utrzymać się przy życiu...

- Aha - skwitował to Ford - no, no... - Wziął się pod boki i znów zaczął się rozglądać po pustym świecie. Nagle pojawiło się w nim coś energicznego i zdecydowanego.

- Ruszamy - powiedział, drżąc podniecony z nadmiaru energii.

- Dokąd? Jak? - zapytał Artur.

- Nie wiem - odparł Ford - ale czuję, że nadszedł czas. Coś się szykuje. Już ruszyliśmy w drogę. - Zniżył głos do szeptu. - Odkryłem zawirowania w strumieniu.

Z wysiłkiem patrzył w dal i sprawiał wrażenie, że bardzo by mu odpowiadało, gdyby wiatr zwiewał mu dramatycznie włosy z czoła, wiatr był jednak zajęty nieopodal wygłupianiem się z paroma liśćmi.

Artur poprosił o powtórzenie, gdyż niedokładnie zrozumiał sens. Ford powtórzył.

- W strumieniu? - Artur dalej nic nie rozumiał.

- W strumieniu czasoprzestrzeni - wyjaśnił Ford, a ponieważ w tym samym momencie wiatr przefrunął obok nich, wyszczerzył do Artura zęby.

Artur skinął głową, potem odchrząknął.

- Mówię o wirach w przestrzeni.

- Masz na myśli - zapytał ostrożnie - coś w rodzaju rzeczki, w której kąpią się Vogoni? O tym mówisz?

- Mówię o wirach w kontinuum czasoprzestrzeni. - kiwnął głową Ford.

- Wiry... A więc to one?

Wsunął ręce w kieszenie szlafroka i spojrzał rozumnie w dal.

- Co? - zapytał Ford.

- Ee... kto to jest w zasadzie Wir?

Ford patrzył podrażniony.

- Mógłbyś raz usłyszeć, co mówię? - kłapnął Ford.

- Słuchałem cały czas - odparł Artur - ale nie jestem pewien, że to coś dało.

Ford złapał go za kołnierz szlafroka i zaczął mówić tak powoli, wyraźnie i cierpliwie, jakby był pracownikiem Ośrodka Rozliczeniowego Poczty i Telekomunikacji.

- Wygląda na to, że... istnieje kilka miejsc... z zakłóceniami... w strukturze...

Artur patrzył głupio na tę część szlafroka, którą złapał Ford. Ford zaczął mówić dalej, zanim Artur zdążył zamienić głupie spojrzenie w głupią uwagę.

- ...w strukturze przestrzeni i czasu - skończył.

- Ach, to tak......

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ksmwzg.htw.pl