Abram Martin - Quo Vadis III Tysiąclecie, Dziwaczne - wampiry, sci-fi itp - 123

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
MARTIN ABRAM
QUO VADIS TRZECIE TYSIĄCLECIE
(Na podstawie powieści Quo vadis Henryka Sienkiewicza)
I
Był rok 2112. Petroniusz obudził się jak zwykle koło południa. Gdy otworzył oczy,
holograficzne okna sypialni rozjaśniły się, wyświetlając poranny wschód słońca. Patrzył na niego
przez moment. Czuł się zmęczony. Wieczorny bankiet na dworze prezydenta przeciągnął się do
późna w nocy. Od pewnego czasu źle znosił zbyt długie, nocne przyjęcia. Budził się potem
z bólem głowy i zdrętwiałymi mięśniami. Dopiero ciepła kąpiel i dokładny masaż całego ciała
przyspieszały obieg krwi, wracając siły i jasność umysłu. Staranny makijaż i wykwintne ubranie,
w którym wychodził z garderoby, dopełniały metamorfozy. Stawał się na nowo młody, pełen
życia, z oczami błyszczącymi inteligencją, niedościgniony. Czyli taki, jakiego znali wszyscy.
Osobisty konsultant do spraw mody prezydenta Stanów Zjednoczonych Świata, Johna Garisona
III.
W tej chwili jednak miał swoje 67 lat i fizyczne objawy tego faktu nieco go frustrowały.
Dodatkowym powodem złego samopoczucia było wczorajsze zachowanie jego dziewczyny,
Chloe Lacosty. Cały wieczór kokietowała szefa Urzędu Ochrony Konsumenta, Dicka Straubota,
a w pewnym momencie wymknęła się z nim z sali na piętnaście minut. Nie kochał jej, co prawda,
już dawno i zdradzał równie często jak ona jego, ale nie cierpiał Straubota za jego prostackie
maniery oraz służalczość wobec Garisona i ministra siły, Amandy Kein. Chloe wiedziała o tym.
Poczuł niesmak, gdy wychodziła. „To tylko podrażniona ambicja” – pomyślał i wdał się
w dyskusję na temat zależności pomiędzy sposobem ubierania się a znakami zodiaku. Kiedy
wróciła, uśmiechnęła się do niego promiennie. Odpowiedział jej tym samym. Z przyjęcia wyszli
jednak osobno.
Obserwując przeskakujący, co kilka sekund licznik pomnażarki pieniędzy, zastanawiał się,
czy nie powinni się wreszcie rozstać. Znają się już za dobrze. Nudzą się sobą i irytują wzajemnie.
To, że oficjalnie ciągle byli razem, wynikało przede wszystkim z prestiżu, jaki sobie zapewniali.
W końcu on był światowej sławy kreatorem mody, a Chloe – jedną z najpiękniejszych kobiet
Nowego Jorku i, co za tym idzie, świata. Wydawali się dla siebie stworzeni. Takiej opinii trudno
się przeciwstawić, no i zresztą, po co to robić?
Pomedytowawszy jeszcze chwilę nad tym zagadnieniem, z lekkim westchnieniem wstał
z łóżka i podszedł do okna. Holograficzna projekcja ustąpiła miejsca realnemu obrazowi.
Z apartamentu zajmującego ostatnie piętro Hotel des Artistes rozciągał się widok na Central
Park. Był piękny letni dzień. U stóp Petroniusza falowało morze drzew. Na ścianach wieżowców
po przeciwnej stronie parku billboardy nowej generacji właśnie wyświetlały reklamę proszku do
prania. Spojrzał w lewo, w kierunku Pałacu Prezydenckiego. Jeszcze dziesięć lat temu w tym
budynku mieściło się Muzeum Miejskie.
Pięć lat wcześniej Petroniusz, który był już wtedy bardzo znany – to on wylansował w latach
dziewięćdziesiątych „formy okrągłe” zamiast „prostokątnych” – stworzył kolejną, wielką
kolekcję. Nawiązywała do strojów starożytnego Rzymu. Jej inspiracją były ilustracje widziane
w dzieciństwie w książkach ojca, profesora historii sztuki na Harvardzie. Kolekcja odniosła
olbrzymi sukces. Na świecie zapanowała moda na rzymski antyk. Nie tylko tak się noszono, ale
i urządzano w tym stylu wnętrza, projektowano nowe budynki i jeżdżono do Rzymu po
natchnienie. Przejmowano także ówczesne zwyczaje, a dokładniej – odkrywano ich
podobieństwo do współczesnych.
Jedną z ofiar tej mody stało się Muzeum Miejskie. Po wygranych wyborach w 2100 roku
Garison postanowił uczynić je swoją siedzibą. Majestatyczna budowla idealnie pasowała do
koncepcji władzy nowego prezydenta. Po rozbudowie w stronę Wielkiej Łąki i niezbędnych
pracach adaptacyjnych, wprowadził się tam prawie rok później. Część eksponatów pozostała na
swoim miejscu. Resztę przewieziono do Muzeum Postępu Ludzkości, które zajmowało budynki
po byłej ONZ.
Petroniusz, okrzyknięty przez media „arbitrem elegancji”, zaczął często bywać na
prezydenckim dworze. Wkrótce stał się jedną z najchętniej widywanych tam osób. Lubiano jego
dowcip i błyskotliwą inteligencję. Został „prawdziwym przyjacielem” Garisona, który radził się
go w prawie każdej, nie tylko związanej z modą sprawie. Jego rola była niewspółmiernie duża
w porównaniu do piastowanego oficjalnie stanowiska konsultanta i nierzadko jego zdanie
znaczyło więcej niż opinia któregoś ze strategów. Z tego powodu zapraszano go na posiedzenia
rządu. Ostatnie przed wakacyjną przerwą miało się odbyć już za trzy godziny.
Petroniuszowi nie chciało się na nie iść. Kilka podobnych do siebie tematów obrad i co
najmniej kilkanaście osób, których zachowanie zna się na pamięć: grzebiący ciągle w swym
laptopie minister wiedzy Michael Morris, ubrana jak zwykle na czarno Ananda Kein, świat
rozwijający się zgodnie z planem, Globalny Wskaźnik Konsumpcji w normie i ostentacyjnie
ziewający, nieogolony Garison. Nie pomoże nawet Rada Dwunastu, domagająca się nowych
bodźców dla kolejnego przyspieszenia produkcji. Wszyscy będą już myślami w letniej rezydencji
prezydenta w Vanderbilt lub na dzisiejszym przyjęciu z okazji wyjazdu.
Odwrócił się od okna. Automatyczne drzwi w jednej ze ścian rozsunęły się. Wkroczył do
wyłożonej prążkowanym marmurem wielkiej łazienki. W wannie pośrodku podłogi czekała na
niego wonna kąpiel. W owych czasach wśród elity Nowego Jorku, było w zwyczaju powierzanie
każdej czynności dnia codziennego wyspecjalizowanym firmom. Obok wanny, w oparach wody,
siedziały dwie nagie dziewczyny służebne z agencji obsługującej Petroniusza gotowe na każde
jego skinienie. Przywitał się. Dziewczyny z szacunkiem skłoniły głowy. Gdy wszedł do wanny,
jedna z nich wsunęła się za nim i zaczęła nacierać mu plecy miękką gąbką. Druga skropiła jego
włosy szamponem i zaczęła je delikatnie masować. Czuł, jak z każdą chwilą ogarnia go błogość.
„Tego mi było trzeba” – pomyślał. Spojrzał w okrągłe lustro na suficie. Przejechał po włosach
giętkimi palcami. Dotknął twarzy. Miał ładnie umięśnione i proporcjonalnie zbudowane ciało.
Tak, w dalszym ciągu nie był podziwiany jedynie za swą inteligencję i smak. Zachwycone
spojrzenia służących zdawały się to potwierdzać. Przymknął oczy.
Dźwięk wideofonu wyrwał go z kontemplacji. Czytnik na ekranie urządzenia odbiorczego
wyświetlił nazwisko Szymona O’Neila. Był to kuzyn jego dalekiej krewnej, generał i dowódca
21 Armii, zwanej „Indyjską”. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miał
dwanaście lat. Wychowywał go dziadek, emerytowany wojskowy. Kilka lat temu, kiedy Szymon
kupił apartament w Dakota House, słynny kreator stał się jego przewodnikiem po towarzyskim
świecie Nowego Jorku. Wprowadził na salony. Od tamtego czasu czuł do młodego żołnierza
słabość. Piękny i atletycznie zbudowany młodzieniec umiał, bowiem zachować pewną miarę
w folgowaniu swoim namiętnościom, co Petroniusz bardzo cenił. Na dodatek w głębi serca
zdawał się być romantykiem, co wręcz wzruszało jego protektora.
– Witaj, Szymonie. Strasznie się cieszę, że cię widzę – powiedział, gdy twarz przyjaciela
pojawiła się na ekranie stojącym na wprost wanny.
– Witaj – odpowiedział Szymon.
– Kiedy wróciłeś?
– Dzisiaj rano. Dostałem trzymiesięczny urlop.
– Cudownie...! Co słychać?
– Bez wielkich zmian.
– Jak tam indyjskie kobiety?
– Takie same jak wszędzie.
– Naprawdę? Znałem kiedyś jedną dziewczynę z Kalkuty o oczach spłoszonej sarny.
Oddałbym za nią tuzin tutejszych rozwódek.
Szymon uśmiechnął się.
– Nic się nie zmieniłeś – stwierdził. – I ciągle sobie dogadzasz...
– Och, po prostu biorę kąpiel – odpowiedział Petroniusz wstając z wanny. – A że lubię
otaczać się pięknem? – służące wycierały go puszystymi ręcznikami. – Nie potrafię inaczej...
Wszedł do następnego pokoju, w którym czekał na niego barczysty mężczyzna w T-shircie.
Wśród przyrządów do ćwiczeń stało kilka ekranów. Na największym z nich było widać twarz
Szymona:
– Wysyłasz mi wiadomości, że „nie czujesz się najlepiej”, a wyglądasz kwitnąco! –
powiedział.
Petroniusz położył się na specjalnym stole. Muskularny masażysta zaczął nacierać jego ciało
olejkiem.
– Raczej przekwitająco, drogi Szymonie. Starzeję się, wbrew pozorom, i tylko te zabiegi
przywracają mi młodość. Nie mogę zasnąć, a gdy już zasnę, wstaję obolały i niewyspany. Lekarz
mówi, że muszę się z tym pogodzić. Wyobraź sobie, że nawet byłem w tej sprawie
u peruwiańskiego znachora. Podobno są najlepsi. Zapłaciłem 10 tysięcy za półgodzinną
rozmowę, podczas której spojrzał mi w oczy i dał do powąchania wywar z jakichś ziół. Potem
powiedział, że muszę go wąchać trzy razy dziennie i wierzyć, że mi pomoże. Wierzyć...!
rozumiesz? Ja mam wierzyć...! Wącham, zatem, ale niestety nie wierzę. Więc chyba mi nie
pomoże... No, ale wykręciłeś się sianem. Spodobała ci się jakaś indyjska dziewczyna?
– Powiedziałbym ci.
– W takim razie zapewne ciągle szukasz swojego przeznaczenia? – Możesz nazywać to jak
chcesz. Ja w to wierzę. Przed wyjazdem z Delhi byłem u tybetańskiej wróżki, która powiedziała,
że w moim życiu nastąpi wkrótce wielka przemiana przez miłość.
– Bardzo się cieszę, choć tybetańskie wróżki nie są już modne. Mam nadzieję, że ta jedna się
ostała, bo nie jest oszustką. Zresztą to bardzo prawdopodobne. Jesteś pięknym chłopcem a Nowy
Jork jest miastem pełnym nienasyconych kobiet, które palą się do miłości.
Petroniusz odwrócił się na plecy. Twarz Szymona pojawiła się na ekranie wiszącym u sufitu:
– Wiesz, że nie o to chodzi.
– A jeśli któraś z nich, to właśnie ta? Metoda prób i błędów jest najlepsza.
– W moim przypadku nie przynosi rezultatu.
– Powinieneś próbować aż do skutku. Chyba nie stałeś się odludkiem i wybierasz się na
dzisiejszą ucztę?
– Trochę się stałem i dlatego się wybieram.
– No, to nie jest z tobą aż tak źle... Przy mnie jeszcze zasmakujesz życia.
Z ekranu dobiegł odległy dźwięk gongu do drzwi. Szymon spojrzał gdzieś poza kadr.
– To chyba weterynarz. Z Atosem jest coś nie tak. Wezwałem psie pogotowie – zaczął
schodzić po schodach. – Stanley miał ich wpuścić. Pójdę zobaczyć, czy to nie oni.
– Oczywiście. Ale co się stało?
– Nie wiem, od rana wymiotuje.
– Biedne psisko! – Masażysta skończył ujędrniać mięśnie Petroniusza i podał mu jedwabny
szlafrok. – Zobaczymy się wcześniej, czy dopiero wieczorem?
Wstał z leżanki, nałożył szlafrok i przewiązał go w pasie.
– Właściwie to dzwonię, bo chciałem cię odwiedzić – odpowiedział Szymon, przekraczając
jakieś drzwi.
– Niestety, wychodzę na posiedzenie rządu, Ale mógłbyś mnie tam odprowadzić.
– Dobra myśl.
– A więc za godzinę w Central Parku, tam gdzie zwykle?
– Świetnie. – Pa!
Z sali ćwiczeń Petroniusz wszedł do salonu kosmetycznego. Czekały tam na niego dwie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ksmwzg.htw.pl