Adams Douglas - Apg 04 - Cześć, Książki
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Douglas Adams
CZEŚĆ, I DZIĘKI ZA RYBY
Tłumaczył Paweł Wieczorek
Jane
Z podziękowaniami dla Ricka i Heidi za nierobienie z tego wielkiego wydarzenia, dla
Mogensa i Andy’ego i wszystkich w Huntsham Court za szereg niewielkich wydarzeń,
szczególnie zaś dla Sonny’ego Mehty za wielkość - mimo wszystkich wydarzeń
Prolog
Na dalekich peryferiach Galaktyki, w nieciekawym zakątku na końcu jej zachodniego
ramienia, świeci mizerne żółte słońce. Wokół niego, w odległości około stu pięćdziesięciu
milionów kilometrów, krąży nieważna mała niebiesko-zielona planeta, zamieszkana przez
pochodzące od małp bioformy - tak zadziwiająco prymitywne, że do dziś uważają zegarki
elektroniczne za świetny wynalazek.
Planeta ta ma, a raczej miała pewien problem - większość mieszkających na niej ludzi
była ciągle nieszczęśliwa.
Przedstawiano liczne propozycje, jak temu zaradzić, ale przeważały pomysły
dotyczące głównie modyfikacji obiegu zielonych kawałków papieru, co było o tyle
zdumiewające, że przecież nie te zielone papierki były nieszczęśliwe. Tak więc problem nie
znikał. Szerzyły się podłość, miernota i ubóstwo, nieszczęśliwi byli nawet ci, którzy mieli
elektroniczne zegarki.
Coraz więcej mieszkańców planety uważało, że popełniono wielki błąd, schodząc z
drzew. Niektórzy twierdzili nawet, że błędem było wchodzenie na drzewa - nikt nigdy nie
powinien był opuścić głębin oceanów.
Któregoś czwartku - prawie dwa tysiące lat po tym, jak pewien człowiek został
przybity gwoździami do drzewa, bo twierdził, iż byłoby wspaniale, gdyby dla odmiany ludzie
spróbowali być mili względem siebie - pewna dziewczyna, siedząca samotnie w kawiarence
w Rickmansworth, nagle zrozumiała, dlaczego cały czas wszystko wychodziło nie tak, jak
trzeba, i wpadła na pomysł, co zrobić, by świat stał się dobry i szczęśliwy. Pomysł był
sensowny, na pewno by się powiódł i nie trzeba by nikogo przybijać do czegokolwiek
gwoździami.
Niestety, nim zdążyła podejść do telefonu, by komuś o tym powiedzieć, Ziemia
została nieoczekiwanie zniszczona, by zrobić miejsce nowej hiperprzestrzennej drodze
szybkiego ruchu, i pomysł przepadł, zdawałoby się, na zawsze.
Niniejsza opowieść jest historią tej dziewczyny.
Rozdział 1
Zmrok zapadł wcześnie, co było normalne o tej porze roku.
Panował ziąb i hulał wiatr - co też było normalne.
Zaczęło padać - to było szczególnie normalne.
Lądował statek kosmiczny - i to normalne nie było.
Nie było nikogo, kto mógłby obserwować statek poza paroma wybitnie głupimi
czworonogami, one jednak nie miały pojęcia, co z nim zrobić, czy oczekuje się od nich, by
cokolwiek zrobiły - zjadły go albo co. W rezultacie uczyniły to samo, co zawsze, czyli
uciekły, próbując chować się jedno pod drugie, co zresztą nigdy się nie udawało.
Statek spływał z nieba, jakby balansował na promieniu światła.
Z daleka trudno było to zauważyć przez rozdzierane błyskawicami burzowe chmury,
ale z bliska pojazd wyglądał dziwnie pięknie - szara, elegancko wymodelowana, niewielka
bryła.
Oczywiście, nigdy nie można przewidzieć, jakiego wzrostu i budowy okażą się
przedstawiciele rasy, z którą mamy się spotkać; gdybyśmy jednak uznali, że ostatni
środkowogalaktyczny spis ludności zawiera rzetelne dane, zakładalibyśmy, że w statku jest
sześć istot, i mielibyśmy rację.
Prawdopodobnie i tak każdy zakładałby coś podobnego.
Spis ludności, jak większość ekspertyz, kosztował masę pieniędzy i nie stwierdzał
niczego, co nie byłoby ogólnie znane - z wyjątkiem tego, iż statystyczny mieszkaniec
Galaktyki ma 2,4 nogi i posiada jedną hienę. Ponieważ to oczywista nieprawda, nie pozostało
nic innego, jak wyrzucić wyniki spisu na śmietnik.
Statek ześlizgiwał się powoli przez deszcz, słabe światła lądowania spowijały go w
bajeczne tęcze. Buczał cichutko, a im był niżej, tym bardziej dźwięk się nasilał i robił niższy.
Dwadzieścia centymetrów nad ziemią buczenie przemieniło się w głębokie dudnienie.
W końcu statek osiadł i ucichł.
Otworzył się luk. Wysunęły się krótkie schodki. Otwór pojaśniał, w mokrą noc
wypłynęło jasne światło. W statku poruszyły się cienie. W świetle stanęła wysoka postać.
Rozejrzała się, wzdrygnęła i szybko ruszyła schodkami w dół. Pod pachą trzymała wielką
torbę na zakupy. Odwróciła się i krótkim, gwałtownym ruchem pomachała w kierunku statku.
Z włosów ściekała jej już woda.
- Dziękuję! - krzyknęła postać. - Bardzo wam...
Przerwał jej suchy trzask grzmotu. Zaniepokojona spojrzała w niebo i gwałtownie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]