Adam 9-00, ADAM (magazyn)
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
N r 9
( 2 6 )
9
' 2 0 0 0
INDEKS 343781
ISSN 1425-4557
C e n a 6 z ∏
Rustan jest Ormianinem i mieszka w Erewaniu. Podob-
nie jak wi´kszoÊç Ormian, chocia˝ ˝onaty, preferuje sto-
sunki homoseksualne, i to one dostarczajà mu najwi´cej
radoÊci. Wraz ze swym przyjacielem pochodzàcym
z Azerbejd˝anu spotykajà si´ doÊç cz´sto w celu prawdzi-
wego, ostrego m´skiego pierdolenia. Rustan, chocia˝
wspania∏y jebaka cip i ˝eƒskich dup, w stosunkach ze
swoim przyjacielem jest zupe∏nie bierny. Przemawiajà za
tym warunki anatomiczne: Rustan ma oprócz wspania∏ego
ogona nienasycone, ogromne dupsko – dwie kszta∏tne,
cudownie umi´Ênione kule poÊladków z osadzonà bardzo
g∏´boko mi´dzy nimi wspania∏à dziurkà. Przyjaciel-Azer
wprzeciwieƒstwie do Rustana ma dupci´ ma∏à, lecz
kszta∏tnà, za to niesamowity chuj jest w stanie zer˝nàç du-
p´ Rustana. Rustan nie zadowala si´ ma∏ym i cienkim pa-
tyczkiem – a „patyczek“ to w jego rozumieniu pyta ca∏kiem
pokaêna, 20-22-centymetrowa. Jak twierdzi, czuje dopie-
ro wówczas, gdy facet ma konia 25 czy 30 cm d∏ugoÊci.
Mia∏em przyjemnoÊç oglàdaç takie widowisko w wyko-
naniu dwóch przyjació∏. Alija pierdoli∏ Rustana na moich
oczach na ró˝ne sposoby. Ze wzgl´du na d∏ugà (29 cm)
igrubà (20 cm w obwodzie) maczug´ najlepiej wyglàda∏o
to w pozycji na stojàco „na wieszaka“. Rustan jednà nogà
sta∏ na ziemi, a drugà mia∏ zarzuconà na szyj´ par tnera.
Alija wpierdoli∏ dràga w dupsko, które w tej pozycji rozwar-
∏o si´ maksymalnie, ale widaç by∏o wyraênie, ˝e i w ten
sposób chuj Aliji z trudem rozpierdala dziur´. Po kilkuna-
stu minutach dupa by∏a tak rozjebana, a dziura Rustana tak
ogromna, ˝e pyta jeêdzi∏a ju˝ bez problemu. Trwa∏o d∏ugo
zanim nastàpi∏ orgazm, ale Alija po wyciàgni´ciu zagania-
cza momentalnie wpierdoli∏ w dup´ Rustana d∏oƒ, a póê-
niej r´k´. Nie by∏a to r´ka cherlaka, lecz grube przedrami´
faceta. Jeba∏ d∏ugo i monotonnie, aby w koƒcu wyjàç jà
z rozkoszà. Z chuja Rustana tryska∏y strugi spermy, a roz-
pierdolona do granic mo˝liwoÊci dupa chlusta∏a potokami
soków.
11
NIENASYCONE DUPSKO RUSTANA
B. Marek
WÓDZ
ch∏opaków, zazdroÊci∏ mu postawy i pozycji, no ale có˝,
wódz jest jeden. Mi´dzy nami by∏o coÊ szczególnego: on
traktowa∏ mnie jak powietrze, a ja jego jak przeszkod´,
którà lepiej ominàç, aby uniknàç kolizji.
– Ej, coÊ taki szybki! – jego g∏os dudni∏ w pustej szatni.
– Idziemy pod prysznic! Spoci∏em si´ jak szczur. Âmierdz´
jak Murzyn na plantacji bawe∏ny. Musz´ si´ umyç! A ty
umyjesz mi plecy.
Spojrza∏em na niego zdziwiony.
– No chyba si´ nie wstydzisz? Ani nie masz nic prze-
ciwko?
– Ja? Nie! Dlaczego? – odpowiedzia∏em, ale wstyd
mnie parali˝owa∏; choç mia∏em wielkà ochot´ zobaczyç go
nago, to jednak próbowa∏em si´ wywinàç. – Wiesz, ja bar-
dzo ch´tnie, tyle ˝e si´ bardzo Êpiesz´. Mam ma∏o czasu
– bredzi∏em coÊ bez ∏adu i sk∏adu.
– Czas nie zajàc, ale skoro tak bardzo ma∏o go masz, to
umyjesz mi plecy i po frytkach.
Usiad∏em na ∏awce. Mog∏em ju˝ jedynie uciec, oÊmie-
szajàc si´, bo on kpi∏by ze mnie opowiadajàc wszystkim,
jak to spierdala∏em z szatni wstydzàc si´ rozebraç. Rozpa-
lonà wstydem twarz ukry∏em w d∏oniach.
– No co, przecie˝ si´ Êpieszysz.
Rozsznurowywa∏ adidasy... Zdejmowa∏ skarpety...
Wcià˝ siedzia∏em bez ruchu. Wsta∏. Swobodnie, niemal˝e
szarmancko zsunà∏ spodenki... Bo˝e! Jak ja mu zazdroÊci-
∏em tego luzu!
– To by∏a musztra, co, Piotrek, a˝ si´ jajca zapoci∏y, to-
bie te˝ ma∏y nie...
Na wysokoÊci mojego wzroku, pomi´dzy muskularnymi
udami – ciemny jak heban, pot´˝ny, masywny, ˝ylasty...
Szumia∏o mi w g∏owie. Nagi – jeszcze pi´kniejszy i bardziej
czarujàcy, uwodzi∏ i budzi∏ strach – mia∏ coÊ z lamparta,
by∏a w nim nieujarzmiona dzikoÊç, pociàgajàca si∏a i ta-
jemniczoÊç.
– B´d´ czeka∏ – rzuci∏ w mojà stron´.
Teraz mog∏em zwiaç. DA¸ MI T¢ SZANS¢. Mog∏em wy-
kr´ciç si´ tekstem: zrobi∏o si´ ju˝ póêno, musz´ lecieç –
brzmia∏o g∏upio, a wyglàda∏oby jeszcze gorzej; czu∏em, ˝e
nie wybaczy∏bym sobie tego nigdy, dlatego d∏onie same
si´gn´∏y sznurowade∏. Pozby∏em si´ butów, skarpet... sta-
nà∏em nagusieƒki. Badawczo, ale sympatycznie zerknà∏ na
mnie z uÊmiechem.
– No, na poÊpiech to to nie wyglàda∏o. Musia∏eÊ mnie
bujnàç z tym czasem. Co, stary?
Nie odpowiedzia∏em.
– Wyluzuj si´, coÊ taki spi´ty. Wstydzisz si´, boÊ jesz-
cze nie widzia∏ go∏ego faceta.
Milcza∏em.
– Pewnie maminsynuÊ wychowany przy cycusiu ma-
musi, zza spódnicy Êwiata nie widzi – znowu popad∏ w ten
swój cyniczny ton, ale zauwa˝y∏ moje zirytowanie i bardzo
szybko si´ poprawi∏: – Oj, dobrze, dobrze, nie chcia∏em
ci´ uraziç, no ale wiesz, trzeba zaczàç ˝yç w∏asnym ˝y-
ciem. Konika ju˝ çwiczysz, a sà jeszcze ciekawsze kombi-
nacje. PiotruÊ – musia∏ zauwa˝yç b∏ysk w moim oku, bo
uÊmiechnà∏ si´ – jak b´dziesz grzeczny, to zdradz´ ci pa-
r´ m´skich sekretów.
By∏em w siódmym niebie. Wr´czy∏ mi myd∏o.
Facet od wychowania fizycznego wydoby∏ z nas
siódme poty. Mia∏ z∏y dzieƒ, bo tylko wtedy dawa∏
nam maksymalny wycisk. Przewa˝nie rzuca∏ pi∏k´
i nic go wi´cej nie interesowa∏o, ale zdarza∏y si´ ta-
kie dni jak ten.
12
Ch∏opaki t∏oczyli si´ w drzwiach szatni pozbywajàc si´
mokrych podkoszulek. Ja i Tomek, bo na nas pad∏ w∏ad-
czy paluch nauczyciela, musieliÊmy uporzàdkowaç sal´
gimnastycznà. Sporo min´∏o czasu zanim uporaliÊmy si´
z materacami, koz∏ami, skrzyniami... Kiedy w koƒcu ze-
szliÊmy do szatni, nie by∏o ju˝ nikogo. Tomek po∏o˝y∏ si´
na ∏awce, rozstawiajàc nogi po obu jej stronach. Za∏o˝y∏
d∏onie za g∏ow´ i przez zmru˝one powieki natarczywym
wzrokiem obserwowa∏ mnie, a˝ zrobi∏o mi si´ g∏upio.
By∏ s∏ynny na ca∏à szko∏´. S∏aw´ przynios∏y mu bójki
iwagary. Nie przejmowa∏ si´ niczym, a ju˝ najmniej naukà
– taki na maksa wyluzowany koleÊ. Mia∏ wielu kumpli,
aunas w klasie pojawi∏ si´ w tym roku i od razu zosta∏
wodzem. Nie tolerowa∏ najmniejszego sprzeciwu, gdyby
co, zaraz spuszcza∏ kolesiowi wpierdol – „i po frytkach“,
jak mawia∏. Z dziewczynami nie mia∏ ˝adnego problemu –
oczarowane nim, rywalizowa∏y mi´dzy sobà. Ka˝dy z nas,
– A teraz do dzie∏a!
Wyszed∏ spod prysznica. Mydli∏em szerokie, muskularne bary, wy-
niesione na silnym tu∏owiu, nies∏ychanie wàsko osadzonym na wàziut-
kich biodrach o masywnych, wypuk∏ych poÊladkach, unoszàcych si´
na smuk∏ych kolumnach. By∏em pe∏en podziwu i zachwytu. Tak bardzo
chcia∏em byç do niego podobny. Tak bardzo mu zazdroÊci∏em.
– OK. Teraz zmiana, a potem jeszcze raz, OK?
Âmia∏e d∏onie Êlizaga∏y si´ pewnie, od karku po poÊladki, a nawet mi´-
dzy nie, bez ˝adnej ˝enady. Ja nigdy bym sobie nie pozwoli∏ na coÊ ta-
kiego. By∏em nawet zak∏opotany tà sytuacjà, ale przyjà∏em jà jako nad-
gorliwoÊç w myciu pleców. Jednak wiedzia∏em, ˝e ja nie pozwol´ sobie
na takà zuchwa∏oÊç wobec niego, choç mia∏em ch´ç dotknàç tych twar-
dych, zgrabnych poÊladków, a jeszcze bardziej, po stokroç bardziej po-
ciàga∏ mnie ten ˝ylasty, budzàcy respekt swà si∏à i ogromem, elektryzu-
jàcy, ciemny demon mi´dzy jego nogami.
Przysunà∏ si´. Czu∏em go, mia∏em wra˝enie, jakby tuli∏o
si´ do mnie wyrwane z piersi serce. Znowu szumia-
∏o mi w g∏owie. Uspokaja∏em si´ stojàc za
nim i myjàc mu plecy. Jego nag∏y
obrót zaskoczy∏ moje d∏onie –
zamiast pleców dotyka∏em tor-
su. D∏oƒmi nakry∏ moje i bez
trudu osuwa∏ coraz ni˝ej
i ni˝ej, a˝... moje marzenia
zacz´∏y si´ spe∏niaç.
– Podoba si´, co, Pio-
truÊ... fajnie... nie wstydê
si´... Êmia∏o... nie bój
si´... o... s∏odki z ciebie
ch∏opak... Bawi∏eÊ si´ ju˝
tak z jakimÊ kumplem? To
niemo˝liwe, nawet nie wi-
dzia∏eÊ na oczy chuja?
Ale˝ ty jesteÊ cudowny,
PiotruÊ! Podoba ci si´,
prawda, ˝e fajnie... A b´-
dzie jeszcze fajniej, zoba-
czysz, ju˝ moja w tym
g∏owa.
Bo˝e, jaki ja by∏em
szcz´Êliwy, a mo˝e ra-
czej pod wra˝eniem, ja-
kie na mnie wywar∏ do-
tyk fallusa, ta jego twar-
doÊç w mi´sistej, aksa-
mitnej skórze – to coÊ
fantastycznego. Wie-
dzia∏em, ˝e przez d∏u-
gi czas, a mo˝e
w ogóle nie zapo-
mn´ tej magicznej
chwili. Pulsujàce,
twarde ˝y∏y w plu-
szowym misiu...
magia zagubio-
nych serc. S∏y-
sza∏em, jak mo-
ja krew przeta-
cza si´ przez
13
g∏ow´ pod wp∏ywem tych kolosalnych prze˝yç.
– Daj, pomasuj´ ci plecy, mój prawiczku, i uspokój si´
troch´, bo mi jeszcze zemdlejesz.
Emocje si´gn´∏y zenitu, czego nie mog∏em ukryç, choç
tak bardzo chcia∏em. Dr˝a∏em targany rozszala∏à zamys∏o-
woÊcià, ulegajàc i poddajàc si´ ca∏kowicie Tomkowi –
mojemu panu i w∏adcy, który tuli∏ mnie do siebie, a ja szu-
ka∏em w nim ocalenia, a on obejmowa∏, zagarnia∏ si∏à ra-
mion do siebie, coraz bardziej i mocniej, po to, aby wplà-
taç si´ mi´dzy moje nogi i wpierdoliç mi w dup´ chuja a˝
po same jajca. Wy∏em jak ranione zwierz´, ale to on by∏
wodzem, a ja – jednym panicznym bólem, który spad∏ na
mnie tak nagle, ˝e zupe∏nie nie wiedzia∏em, co si´ dzieje.
Nie zdo∏a∏em si´ jednak wyplàtaç – sieci by∏y zarzucone
bardzo precyzyjnie i wszystko odbywa∏o si´ wed∏ug planu.
Zrozumia∏em, ˝e jestem ofiarà w ramionach zdobywcy.
Z pokorà pozwoli∏em mu tryumfowaç nade mnà i manife-
stowaç swojà si∏´. A nawet by∏em dumny, ˝e to w∏aÊnie
mnie sobie upatrzy∏ i upolowa∏. Jego rozkoszne pomruki
sprawia∏y mi przyjemnoÊç. Jednak ze ∏zami w oczach mo-
dli∏em si´, aby jak najszybciej zakoƒczy∏ si´ ten galop. By-
∏em spocony, zdyszany jak zgonione êrebi´ przez rozbry-
kanego ogiera, nie wytrzymujàc tempa jurnego samca.
Moja obola∏a dupa b∏agalnie naciàga∏a si´ na niewy˝ytym
i ciàgle niezaspokojonym skurwysynie. Prosi∏em o chwil´
wytchnienia, ale ∏ysy bandyta nie mia∏ nawet krzty litoÊci
– wali∏ bez opami´tania jak rozjuszony, zaciek∏y wojownik,
nie s∏ucha∏ próÊb i klàtw, i b∏agaƒ w swym zaÊlepieniu –
i chwa∏a mu za to. A byczy, ˝ylasty kutasisko rozkoszowa∏
si´ s∏odkà kl´skà poÊladków, che∏pi∏ si´ jurno-
Êcià i m´stwem, a zwyci´stwo rozg∏a-
sza∏ poklaskiem wielkich, twardych
jajec o mojà i tak ju˝ styranà
dup´.
Ca∏kowicie podporzàdkowany i oddany w ka˝dym calu,
zjednoczony rytmem serca, wype∏niony po brzegi rozko-
szà kochanka, lecia∏em najcudowniejszym z lotów, wyso-
ko, wysoko ponad wszystko, ogarni´ty nieprzebranym
morzem cudownoÊci.
Ile potrzebowaliÊmy czasu, aby dojÊç do siebie, tego
˝aden z nas nie wie. Pierwsze s∏owa, jakie us∏ysza∏em, pa-
mi´tam i nie zapomn´ do koƒca ˝ycia:
– Zapragnà∏em ci´ od pierwszego spojrzenia. Wystar-
czy∏o, ˝e spojrza∏em w twoje ocz´ta albo na te zajebiste
poÊladki, natychmiast mia∏em chuja ze stali i zupe∏nie za-
kr´cone we ∏bie. Dopiero jak go zwali∏em, robi∏em si´ l˝ej-
szy. Tak nie dzia∏a∏a na mnie ˝adna dziewczyna, dlatego
ci´ unika∏em – nie móg∏bym si´ z tobà biç, bo bym ci´ wy-
rucha∏ przy wszystkich, rozumiesz, blondasie, jak mnie
kr´cisz? Raz mog∏em si´ zer˝nàç w kiblu, ale to by nie by-
∏o takie fajne, dlatego czeka∏em na takà chwil´ jak ta. Wie-
le nocy marzy∏em o tobie i obiecywa∏em sobie, ˝e b´d´
r˝nà∏ tego frajera jak burà suk´, ˝e jak go naciàgn´ na ku-
tasa, to mu dupsko b´dzie trzeszczeç, a on b´dzie wyç
z bólu na moim chuju, b´dzie j´czeç, sapaç i dyszeç, a ja
b´d´ go r˝nàç do ostatniego tchu. No i spe∏ni∏y si´ moje
marzenia, a raczej to ty je spe∏ni∏eÊ. Spodoba∏o ci si´ dy-
manko – no, nie musisz mówiç, cicha woda brzegi rwie.
Kocham ci´, PiotruÊ. A ty?
Ja nie mia∏em si∏y ani odwagi na wyznanie swoich
uczuç, choç by∏y stokroç gor´tsze, ale Tomek
wyczyta∏ z moich oczu o wiele
wi´cej.
Benias
14
[ Pobierz całość w formacie PDF ]