Aciman Andre - Wyjście z Egiptu(1), 05.15
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Andre Aciman
Wyjście z Egiptu
Przełożyła Elżbieta Jasińska
Dla Alexandra, Michaela i Philipa,Henri’ego i Regine,Alaina i Carole,i Piery
ŻOŁNIERZ, HANDLARZ, OSZUST, SZPIEG
- Więc jak: tak czy nie? Siamo o non siamo? - z nieukrywaną dumą zwrócił się do mnie
mój cioteczny dziadek Wili, gdy późnym letnim popołudniem zasiedliśmy w jego ogrodzie w
Surrey, w miejscu, skąd rozpościerał się widok na całą posiadłość.
- Spójrz tylko - gestem ręki wskazał rozległą przestrzeń, nasyconą zielenią. - Czy może
być coś piękniejszego? - spytał takim tonem, jakby pomysł popołudniowej przechadzki w
angielskim krajobrazie był jego odkryciem. - I tak już każdego dnia tuż przed zachodem słońca,
ale po podwieczorku: uczucie pełni, niemal szczęścia. Bo widzisz, osiągnąłem wszystko, czego
chciałem. Jak na osiemdziesięciolatka nie najgorzej. - Z twarzy nie schodził mu wyraz
aroganckiego samozadowolenia.
Liczyłem, że porozmawiamy o Aleksandrii, o czasie, który już minął, i światach, które
odeszły wraz z nim, o kresie, gdy ten w końcu nadszedł, o monsieur Koście, o panu Montefeltro i
o Aldo Kohnie, o Lotcie i ciotce Florze, i o tylu innych, coraz bardziej odległych. Wili machnął
tylko lekceważąco ręką, jak gdyby chciał odgonić jakiś przykry zapach.
- Zawracanie głowy. Trzeba żyć dniem dzisiejszym - powiedział niemal zirytowany moim
nostalgicznym nastrojem. - Siamo o non siamo? - Wstał, by rozprostować kości i zwrócić moją
uwagę na sowę, która właśnie pojawiła się na wieczornym niebie.
Nigdy nie byłem pewny, co miało oznaczać to jego siamo o non siamo - „tak czy nie” -
ale dla wszystkich członków naszej rodziny, również tych, którzy nie potrafią sklecić słowa po
włosku, ów niejasny zwrot oddaje istotę tego nadętego pyszałka, gotowego rzucić wszystko na
jedną szalę, weteranasamochwały, który w czasie Wielkiej Wojny, korzystając z osłony drzew,
wydostał się z włoskich okopów i ściskając oburącz karabin, dotarłby zapewne na sam kraniec
cesarstwa austro-
- węgierskiego, gdyby nie skończyła mu się amunicja. Jego ulubiona fraza wyrażała
agresywną pewność siebie sierżanta musztrującego powierzonych jego pieczy maminsynków.
„Jesteś mężczyzną czy nie jesteś? Tak czy nie?”, zdawał się mówić. „Idziemy naprzód czy stoimy
w miejscu? Tak czy nie?”.
„Jesteśmy chyba, do licha, coś warci?”. Słowa te dodawały mu animuszu, pomagały
zapomnieć o goryczy porażki i pozwalały zacząć wszystko od nowa, zachowując jednocześnie
pozór zwycięstwa. Wymawiając je, wyzywał los, sobie wszelako zawsze przypisując
nieoczekiwane sukcesy swych najbardziej szalonych pomysłów. Swoje nieprawdopodobne
szczęście brał za dalekowzroczność, a to, co według niego było odwagą, niewiele różniło się od
brawury wyrostka. Był zuchwały. Wiedział o tym i chełpił się tym.
Niezrażony upokarzającą klęską, jaką Włosi ponieśli w 1roku pod Caporetto, Wili do
końca życia chlubił się swą służbą we włoskiej armii, podobnie jak szczycił się pełnym werwy
florenckim akcentem, który przyswoił sobie w Konstantynopolu, w szkole prowadzonej przez
włoskich jezuitów. Podobnie jak większość młodych Żydów urodzonych w Turcji u schyłku
wieku odrzucał wszystko, co miało jakikolwiek związek z kulturą osmańską, i chłonął kulturę
Zachodu, by w końcu - idąc śladem wielu innych swych pobratymców powołujących się na
odległe rodzinne związki z portowym miastem Livorno, gdzie w szesnastym wieku osiedlili się
liczni Żydzi wypędzeni z Hiszpanii - stać się „Włochem”. Szczęśliwym trafem znalazł się w
Livorno jakiś odległy krewny o hiszpańskim nazwisku
PardoRoques (Wili sam był w połowie PardoRoques), dzięki czemu jego tureccy „kuzyni”
również stali się „Włochami”. Ma się rozumieć - zagorzałymi monarchistami i nacjonalistami.
Gdy pewien Grek mieszkający w Aleksandrii wyraził się kiedyś niezbyt pochlebnie o
waleczności Włochów, a co gorsza dodał, że żadne włoskie medale ani błyskotki nie zmienią
tego, iż Wili jest zwykłym tureckim aferzystą, i to w dodatku
Żydem, wuj Wili natychmiast wyzwał go na pojedynek. Przy czym rozjuszyło go nie tyle
wytknięcie mu żydostwa (do tego gotów był przyznać się sam), co podanie w wątpliwość
„włoskości” wielu Żydów. Broń, którą wyznaczyli sekundanci, była tak archaiczna, że żaden z
pojedynkowiczów nie miał pojęcia, jak się nią posługiwać. Incydent zakończył się więc
bezkrwawo, wystosowano przewidziane regulaminem przeprosiny, wszystko obrócono w żart, a
wuj, chcąc podbudować ducha koleżeństwa, zaproponował wspólną biesiadę w pewnej cichej
restauracji leżącej nad brzegiem morza. Gdy solidny posiłek dobiegł wreszcie końca, obaj, Grek i
Włoch, rzucili się do płacenia. Powoływanie się na honor i przyjemność, jaką miało im sprawić
uregulowanie rachunku, trwałoby jeszcze długo, gdyby wuj - niczym czarnoksiężnik, który, gdy
wszystko już zawiodło, odwołuje się do magicznej formuły - nie zakończył sporu, rzucając swą
ulubioną frazę: „Więc jak: jestem człowiekiem honoru czy nie jestem? Tak czy nie?”. Grek
okazał się człowiekiem gotowym do ustępstw i skapitulował.
Wuj Wili lubił dyskretnie, acz stanowczo wspominać o starożytnym pochodzeniu swego
rodu - świetne pochodzenie, znakomity i starożytny rodowód spychał na dalszy plan takie
drobiazgi jak miejsce urodzenia, narodowość czy religię. Tym aluzjom towarzyszyły
niedomówienia dotyczące rodzinnej fortuny nieszczęśliwie ulokowanej w nieruchomościach w
jakichś odległych krainach i niejasne deklaracje, że rodzina nic z tego nie ma, najwyżej ziemię do
napełniania doniczek. Dobre pochodzenie dawało kredyt zaufania, a to było najważniejsze, gdyż
wszyscy mężczyźni w naszej rodzinie, nie wyłączając
Wilego, robili pieniądze, pożyczali je, tracili lub wżeniali się w nie - właśnie dzięki
zdobytemu zaufaniu.
Wili traktował swoje pochodzenie najnaturalniej w świecie.
Nie dlatego że miał się czym szczycić albo że coś sobie uzurpował, nie dlatego też że
próbował naśladować wielkopańskie maniery niespełnionych arystokratów. Po prostu żywił
głębokie przekonanie, że jest lepiej urodzony od innych. Cechowała go niezachwiana pewność
siebie ludzi zamożnych, którzy rozpromieniają się, gdy w towarzystwie spotykają równych sobie.
Do interesów, polityki i spraw obyczajowych podchodził z wielkopańskim dystansem: bardziej
niż zły gust raziła go zła postawa, jednakże złą postawę przedkładał nad okrucieństwo, a dobre
maniery przy stole nad złe nawyki żywieniowe. To, co złościło go najbardziej, to odwieczny
żydowski „atawizm”, który sprawia, że Żyd zawsze wygląda jak Żyd, zwłaszcza gdy podaje się
za goja. Wyśmiewał się ze wszystkich powinowatych i znajomych o typowej żydowskiej urodzie
nie dlatego, by sam wyglądał inaczej lub czuł do nich niechęć, lecz dlatego że wiedział, jak
bardzo nienawidzą ich inni. To z powodu takich jak oni nienawidzą takich jak my. Gdy kiedyś
zaatakował go pewien pobożny Żyd, dumny ze swego dziedzictwa, wuj wypluł z siebie
odpowiedź, jakby była pestką, którą przez czterdzieści lat obracał w ustach: „I z czego tu być
dumnym? W końcu jesteśmy pospolitymi przekupniami. Tak czy nie?”.
A handlować umiał i robił to jak nikt inny. Potrafił handlować nawet faszyzmem - w
Egipcie oferował go Brytyjczykom, później, działając z ramienia Włochów, rozwinął skrzydła w
Europie. Był tak samo oddany II Duce jak ojcu świętemu.
Mowę, którą corocznie wygłaszał do niemieckiej Hitlerjugend, nieodmiennie
przyjmowano z entuzjazmem, choć w rodzinie była stałym źródłem konfliktu. „Przestańcie się
wtrącać. Wiem, co robię”, powtarzał nieodmiennie. Wiele lat później, gdy zaczęły krążyć
pogłoski, że Brytyjczycy zamierzają internować mieszkających w Aleksandrii Włochów, wuj
Wili przetrząsnął wszystkie szafy i odnalazłszy jakieś zaświadczenia z gminy żydowskiej w
Konstantynopolu, zaczął dowodzić znajomym z brytyjskiego konsulatu, że włoski Żyd nie może
być traktowany jako zagrożenie dla brytyjskich interesów. Jeśli chcą, może dla nich szpiegować
Włochów. Brytyjczykom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
Ze swego zadania wywiązał się tak błyskotliwie, że po wojnie dostał w nagrodę małą
posiadłość w Surrey, gdzie do końca swych dni żył w wielkopańskim ubóstwie jako doktor
H.M. Spingarn. Herbert Michael Spingarn był Anglikiem, którego Wili we wczesnym
dzieciństwie poznał w Konstantynopolu i który zaszczepił mu dwie pasje: lewantyńskie
pragnienie, by upodobnić się we wszystkim do Brytyjczyków i osmańską pogardę do
wszystkiego co brytyjskie. Wuj Wili, który swoje zdecydowanie żydowskie nazwisko zastąpił
[ Pobierz całość w formacie PDF ]