Accardo Jus - Denazen - Drżenie TOM 3, książki

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
//-->Jus AccardoDRŻENIEKSIĘGA TRZECIADla Jamesa. Zawsze będę cię wspierać.1Za gęsty tłum, nie było dokąd uciekać. Serce waliło mi jak młotem, przełknęłamściskający mi gardło niepokój. Wcale mi to nie było potrzebne. Nie teraz. Nie dziś wieczór.Szedł przez pomieszczenie powoli, ale wyraźnie zdeterminowany. Pojawił sięw drzwiach, a ja próbowałam zejść mu z oczu, wmieszać się w tłum i skulić ramiona, żeby mnienie rozpoznał, ale to było bezcelowe. Jego radar natychmiast mnie namierzył.Wzięłam głęboki oddech i przygotowałam się na najgorsze, przekonana, że to nie możesię skończyć inaczej, jak tylko potwornym nieszczęściem. Coś mi mówiło, żeby tu dzisiaj nieprzychodzić. Można by pomyśleć, że po tych wszystkich szaleństwach, których byłamświadkiem w ciągu ostatnich kilku miesięcy, będę się uważniej wsłuchiwać w głos intuicji.A tu się okazuje, że nie.Przez krótką chwilę myślałam o sztuczce mimicznej. Chciałam sięgnąć po moją zdolnośćSzóstki, stać się kimś innym i wymknąć się niezauważona. Nie mógłby przecież iść za mną,jeśliby nie wiedział, kim jestem, prawda? Niestety z tym scenariuszem było kilka problemów.Przede wszystkim za dużo ludzi. Nie udałoby mi się zamienić w kogoś innego bez zwracania nasiebie uwagi. Może później, gdyby towarzystwo było trochę bardziej zawiane… Zadziwiające,ile można wyjaśnić, kiedy miesza się sznapsa i alkohol w formie żelków.Poza tym nie chciałam się zamienić w faceta. Zrobiłam to już kiedyś dwa razy i wcale misię nie podobało. Już nigdy. Dziwne części ciała i rzeczy, które zwisają w miejscach, w którychnie powinny? O, nie. A zamienienie się w inną dziewczynę do niczego by się nie przydało.A ten facet?Poszedłby za wszystkim, co ma piersi.– Dez, dziecinko!Wyszłam zza pleców chłopaka, który w obu dłoniach trzymał kufle piwa i zmusiłam siędo uśmiechu.– Curd! Siema.– Wporzo, dziecinko. Wporzo.Curd upierał się, żeby mówić własnym językiem. A co gorsza, za tydzień wszyscy będą topowtarzać. Nie mam pojęcia, jak on to robił, ale facet był jak werbalna choroba zakaźna.Powiodłam wzrokiem po pomieszczeniu. Skurczybyki, które mnie tutaj zaciągnęły wbrew mojejwoli, oczywiście gdzieś poznikały.– Jesteś sam?Curd zamrugał oczami.– Już niedługo. Zaraz znajdę moją boginię miłości. Przyszła z tobą?– Oczywiście – mruknęłam pod nosem. Mówił o Jade, mojej rywalce, która – choćniechętnie – podjęła się roli psa stróżującego. Curd zobaczył ją w październiku na przyjęciuz okazji Halloween i od tego czasu ma na jej punkcie bzika. Przyszła przebrana za Wenus,boginię miłości, a Curd przebrał się za diabła. Ma chłopak pecha, bo zauroczenie poszłojednokierunkowo. Wolała facetów trochę wyższych, o zacięciu do sztuk walki w stylu ninja.Wiem, bo próbowała mi wykraść Kale’a. Próbowała i jej się nie udało. – Tak, ale założę się, żesię nie zgodzi z twoim określeniem „bogini miłości”.– Wszystko w swoim czasie. Wszystko w swoim czasie. A co u ciebie? Gdzie twójbyczek?– Ona jest ze mną – powiedział Alex, wyłaniając się zza moich pleców. No tak. Teraz siępokazuje. Postanowiłam kopnąć go w krocze, kiedy tylko wyjdziemy na ulicę. Nie zaciąga siędziewczyny na imprezę, a później znika, żeby się pogubiła. Cholera jasna, są przecież jeszczejakieś reguły. Curd popatrzył na Alexa, później na mnie i uniósł lekko prawą brew. – Już trzeciraz w ciągu dwóch tygodni widzę was razem na imprezie. Co jest? Tak szczerze – jesteścieznowu razem? Bo zaczynałem lubić tego dziwaka. Poza tym jest mi winien parę butów…Na wzmiankę o Kale’u poczułam się, jakby ktoś mi zrzucił ogromny młyński kamień naklatkę piersiową. Jeśli miałabym być szczera – co mi się ostatnio nie zdarza – przyznałabym, żenie mam wcale ochoty tu być. Była to jakaś połowiczna, nieudana próba powrotu do czegoś, cokiedyś było dla mnie realne. Do obudzenia jakiejś dawnej części mnie samej. Tej dziewczyny,która istniała w świecie zjawisk płytkich i bezcelowych, takich jak imprezy i tania ekscytacja.I co mi z tego przyszło? Wielkie nic. Czułam tylko tę samą pustą ciemność, która jakpłaszcz zakryła moją duszę, kiedy Kale odszedł z Marshallem Crossem – to pseudonim mojegotaty. Jest to jedna z tych rzeczy, którą życie serwuje ci bezpłatnie z dodatkową porcją bólu i zniezdrową dozą irracjonalnego poczucia winy.To cię kiedyś zmiażdży.– Nie, tylko tak wyszliśmy – powiedział Alex. Odwrócił się i spojrzał mi prosto w oczy. –Kale musiał na jakiś czas wyjechać z miasta, ale na pewno wróci.Na pewno wróci.Odwróciłam się na pięcie, próbując się nie roześmiać. Minęły już miesiące, a po nim aniśladu. Nie znaleźliśmy ani jego, ani taty, ani Denazen. Miałam wrażenie, że odlecieli na innąplanetę. Dziwne. Denazen, firma, która chciała kontrolować całą populację Szóstek nie byłaznana z chowania się za plecami. Ginger, biologiczna babcia Kale’a i osoba stojąca na czelePodziemia, zapewniała mnie, że pracują nad tym dwadzieścia cztery godziny na dobę.Podziemie, mała grupa, która wzięła sobie za cel rozmontowanie Denazen i zrujnowanie tejorganizacji, trzymając rękę na pulsie i ucho przy ścianie. Jak na razie złoczyńcy nie wydali nawetdźwięku. Im więcej czasu mijało, tym bardziej słabła nadzieja, że kiedykolwiek znajdziemyKale’a.Nie minęło parę tygodni od powrotu Kale’a do Denazen, kiedy sama wróciłam do miasta,gdzie znaleźliśmy moją przyrodnią siostrę Kiernan, i rozebrałam jej dom niemal do ostatniejcegły. Oczywiście niczego cennego nie odkryłam. Dom był dokładnie w takim samym stanie,w jakim go zostawiliśmy w dniu, kiedy po nią pojechaliśmy. Nie wróciła. Spędziłam tam całydzień, przeszukując szuflady; przeglądając papiery, ubrania i rozwalając pudełka w jej garażu.Miałam nadzieję znaleźć jakiś adres albo zdjęcie. Cokolwiek. Jakąś rzecz, którą mogłabymwykorzystać, żeby się dowiedzieć, gdzie się podziali. Zgodziłabym się nawet na cośz Supremacji – projektu naukowego Denazen, którego byłam niechętną uczestniczką.Denazen przejęła grupę regularnych Szóstek i dała im lek wzmacniający ich umiejętności,co skończyło się porażką. Zamiast niezwyciężonej armii, dostali powtarzającą się przezkilkadziesiąt lat serię obłędów i zgonów. Mówiło się na ulicy, że jest gdzieś jakieś lekarstwo, alejak dotąd do niczego się nie dokopaliśmy. Miałoby sens, jeśli znalazłabym coś w domu Kiernan,bo to w końcu ona, jako jedyna, dostała antidotum.Znalazłam tylko górę śmieci.A teraz Alex i Jade z ich głupią obietnicą złożoną Kale’owi, że będą „się mnąopiekować”, obrali sobie za życiową misję wciśnięcie mnie w ramy dawnego życia niezależnieod tego, czy mi się to podoba, czy nie. To była dziesiąta impreza Nixów – ludzi, którzy nie mieliumiejętności Szóstkowych – na którą mnie w tym miesiącu zaciągnęli, a ja wcale nie czułam siętu jak u siebie.– Kiedy ją ostatni raz widziałem, Jade była przy barze. – Kąciki ust Alexa uniosły się [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ksmwzg.htw.pl