Aby śmierć jej nie pozostała daremna, Świadectwa

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Wspomnienie  o  Marcie

aby jej śmierć nie pozostała daremna.

 

      Poznałem ją w  szpitalu psychiatrycznym, gdy odwiedzaliśmy z żoną znajomą Mirkę. Widywałem Martę chodzącą po korytarzu, z  twarzą przepełnioną przeogromnym smutkiem, wpatrzoną gdzieś w dal. Chora na anoreksję wyglądała jak szkielet. Któregoś razu zobaczyłem ją w sali leżącą na łóżku w kaftanie bezpieczeństwa - usiłowała popełnić samobójstwo. Pomogłem jej wstać, była zbyt osłabiona, by uczynić to samodzielnie. Tak zaczęła się nasza znajomość, która trwała zaledwie kilka miesięcy.

   Później przeczytałem o niej w karcie wypisu ze szpitala: „Rozpoznanie: Jadłowstręt psychiczny /.../  Dane z przebiegu choroby: Pacjentka lat 29 hospitalizowana psychiatrycznie po raz  4-ty. Od 14 roku życia leczona z powodu zaburzeń łaknienia...  Kilkakrotnie próby samobójcze przez nadużywanie leków, trudna sytuacja rodzinna. Obecnie przyjęta do szpitala z wagą 32 kg z objawami niepokoju, lęku, bezsenności, nie mogła jeść, po każdym posiłku wymiotowała, miała myśli samobójcze... wymagała szczególnego dozoru potem następowała stopniowa, bardzo powolna poprawa stanu psychicznego i somatycznego. Planowano zmianę miejsca zamieszkania pacjentki po wypisie ze szpitala i jej uniezależnienie się od rodziny.... Wypisana zgodnie z własnym życzeniem.” Chcę tu podkreślić. Marta nie była chora psychicznie.

    W jakiś czas potem jak poznałem Martę,  z Kasią – znajomą ze wspólnoty, byliśmy w odwiedzinach u Mirki. Z Martą już trochę się poznaliśmy,  na tyle, że nie bała się być z nami, chciała czuć, że ją też ktoś odwiedza. W świetlicy Kasia spytała ją: „Marto, czy ty się modlisz, czy ty umiesz się modlić?”. Marta spróbowała na  głos ”Ojcze nasz...” i „Zdrowaś Maryjo...”. Wyrecytowała całe ciesząc się, że  pamięta. Tak 2-3 razy w tygodniu z żoną odwiedzaliśmy teraz już i Mirkę i Martę. Po pewnym czasie udało się nam załatwić Mirce inny, bardziej odpowiadający jej szpital. Marta zostawała, tak bardzo prosiła by przychodzić do niej, by nie zostawiać samej. Mama i 2 siostry nie odwiedzały jej, choć któraś przyszła kiedyś – wziąć od niej jej rentę. Prosiła o jakąś bieliznę osobistą, ubranie, buty, nic nie miała. Obiecaliśmy że jej tak nie zostawimy. Pewnego razu tuż przed kolejnym wyjazdem do niej, żona wyjątkowo zadzwoniła do szpitala. Okazało się, że Marta właśnie przed chwilą została wypisana na własne żądanie. Na prośbę żony dosłownie w ostatniej chwili lekarka zawróciła ją od drzwi TAXI.  Przyjechaliśmy do niej. Na nasze pytania odpowiadała, że nie może już dłużej wytrzymać w szpitalu, nie chciała powiedzieć dokąd jechała, do domu wrócić nie chciała, czegoś się tam bała. Wiedziałem jak bardzo boi się ludzi i świata. Choć miała skończoną szkołę średnią i była inteligentna, sama siebie bardzo nisko ceniła. Pomyślałem, że może i mogła by wyzdrowieć, uwierzyć w siebie, gdyby otaczali ją ludzie zdolni okazać jej serce, bezinteresowność, zainteresowanie, poświęcenie. Takich znaliśmy we wspólnocie. My nie czuliśmy się na siłach, nie mieliśmy warunków. Ale cała ta sytuacja wskazywała na nas. Odczytaliśmy to więc jako Wolę Bożą, a z Bogiem można wszystko. Nie widzieliśmy więc innego wyjścia, jak tylko zabrać ją do domu, licząc na pomoc naszych przyjaciół i znajomych. I choć w części przypadków nie zawiedliśmy się. Kilka dni później wymknęło się jej, że wtedy nasz przyjazd uratował jej życie, chciała jechać nad rzekę utopić się. Z czyjego natchnienia żona wtedy zadzwoniła?

   Tak z woli Bożej mieliśmy w domu 4 dziecko, bo choć miała 29 lat, wymagała wyjątkowej delikatności i troskliwej opieki.  Mieliśmy zamiar umieścić ją w pewnej wspólnocie chrześcijańskiej, ale na razie nie chciała o niczym nawet słyszeć. Sama jednak twierdziła, że u nas czuje się  dobrze. My jednak widzieliśmy, jak pełna była niepokojów i lęków, bez nas nie chciała nigdzie wychodzić, była przerażona. Żona dużo czasu spędzała przy niej przytulając ją, trzymając za rękę. Wykupiliśmy z recept lekarstwa, lecz nie chciała ich zażywać i nie zażywała do końca swoich dni. Cieszyła się z tego, że pierwszy raz odkąd pamięta obywa się całkowicie bez lekarstw psychotropowych, bez żadnych lekarstw. Była z tego powodu bardzo dumna z siebie. Cieszyła się też z tego, że w nocy wreszcie może dobrze spać. Zachęcaliśmy ją, by mimo wszystko korzystała z pomocy lekarza  psychologa. Nie zgadzała się. Zgodziła się na rozmowę z księdzem, doszliśmy do tego, że pójdzie do spowiedzi, nie pamiętała kiedy ostatnio była. Cały następny dzień przygotowywała się do sakramentu pokuty. Rozmawialiśmy o miłości Bożej, o przykazaniach, o warunkach dobrej spowiedzi, modliliśmy się wspólnie. Wieczorem udaliśmy się do umówionego znajomego księdza. Wyspowiadała się, mówiła, że teraz jest jej dużo lżej. Następnego dnia poszliśmy na Mszę Świętą.  Przyjęła Pana Jezusa, odtąd codziennie, do ostatniego dnia życia uczestniczyła z nami we Mszy św. i przystępowała do Komunii św.

  Marta miała wiele chorób, wycieńczony organizm, niemalże nic nie jadła, piła colę i wypalała ok. 50 szt. papierosów dziennie. O jedzeniu nie chciała rozmawiać, rozmawialiśmy o paleniu. Mówiłem, że jest to zniewolenie, żeby zaczęła z tym walczyć i prosiła Boga o łaskę uzdrowienia. Zaskoczyła mnie jej determinacja. Paląc papierosa modliła się o uwolnienie z nałogu. W następnym dniach wypalała znacznie mniej- 5-10 papierosów, trochę nawet  zaczęła jeść. Znajome zaproponowały modlitwę wstawienniczą. Pojechaliśmy z Martą do kościoła, w czwórkę modliliśmy się za nią. Marta również własnymi słowami modliła się na głos, oddała się Jezusowi, oddała Mu swoją wolę, uznała za swojego Pana i Zbawiciela. Wspomnę o jednym. Na początku Kasia spytała: „Marto, o czym najbardziej marzysz w życiu?”. Marta marzyła  najpierw o zdrowiu i szczęściu dla mamy i sióstr, dopiero potem pomyślała o sobie – chciała, by ustały  lęki i była zdrowa.

    Zaczęły zastanawiać mnie te lęki. Lekarze twierdzili, że to normalne przy  anoreksji. Rozmawialiśmy z Martą o tym. Nie były to lęki z czymkolwiek związane. Był to raczej paniczny strach połączony z rozpaczą, wyczerpaniem, myślami samobójczymi. Pojawiało się to nagle w różnych porach, niezależnie od tego gdzie przebywała i po kilku godzinach równie nagle ustępowało. Miałem z czymś podobnym już wcześniej styczność u kilku poznanych osób, czytałem też odpowiednią literaturę. Podejrzewałem, że mogły to być obsesje pochodzenia diabelskiego. Niestety, nikt kto mógłby nam pomóc, a do kogo się zwracaliśmy nie chciał w to uwierzyć, albo bał się. Tymczasem z Martą z  każdym dniem  było coraz gorzej. Mówiła, że lęki potęgują się. Trzęsła się wtedy cała, bujała się do przodu i tyłu, po twarzy przechodziły skurcze.  Żona trzymała ją wtedy za ręce, przytulała, często modliły się na różańcu. A trwało to nieraz godzinami. Dopiero, gdy wszystko przechodziło  mogła w miarę normalnie funkcjonować. Byliśmy coraz bardziej bezradni i zrozpaczeni, nie wiedzieliśmy co robić. Dostrzegłem, że w tej walce  zostaliśmy osamotnieni. Wierzyłem jednak, że musi się to wszystko niedługo dobrze skończyć, wszak z Woli Bożej u nas się znalazła. Miałem nadzieję że Zły (jeżeli to był on) tak wściekle atakuje czując, że Marta wymyka mu się. Ta myśl mnie podtrzymywała i tym usilniej modliliśmy się o pomoc Bożą. Cały czas zachęcaliśmy ją do wytrwania, choć i mnie z czasem zaczęły nachodzić wątpliwości, wszak i Bóg nie pomoże tam, gdzie wola człowiecza jest przeciwna. A otaczała nas już niechęć, nawet wrogość, znikąd widoków pomocy, a coraz więcej zniechęceń i pustej ciekawości. Nie mogliśmy też znaleźć pomocy ani zrozumienia u kapłanów do których się zwracaliśmy /nie mogłem znaleźć księdza, który by w to wszystko uwierzył, znalazł czas, chciał pomodlić się nad nią, lub cokolwiek doradził, co mamy czynić/. To były dla mnie straszne dni. Byłem zdesperowany, zabrałem ją przed wystawiony Najświętszy Sakrament. W akurat pustej kaplicy chciałem modlić się nad nią, ale coś sprawiało, że nie mogła tam wytrzymać. Wydawało się, że im więcej modlitw,  tym  było gorzej. To zniechęcało. Wiedzieliśmy, że i Marta i my długo już tak nie wytrzymamy. Teraz widzę, ile dostawaliśmy sił, by to wszystko znosić, przy tym normalnie żyć, gasić w zarodku pojawiające się /jak nigdy dotąd/ konflikty między mną a żoną, w tej sytuacji poświęcać dzieciom szczególną uwagę, zachować cierpliwość, znajdywać i dla nich czas. Nadal też odwiedzaliśmy leżącą w szpitalu dwudziestoparoletnią Mirkę, która w zasadzie była bezdomną, a w tym czasie usiłowała popełnić samobójstwo, podcięła sobie żyły, później powiesiła się na bandażu zdjętym z rąk, odratowana, kilka dni przebywała w śpiączce...  Poza tym my nie mieliśmy pracy, a pieniądze się kończyły. Sytuacja Marty wydawała się krytyczna. W rozmowach z nią szukałem potwierdzenia, że jej dolegliwości spowodowane są działaniem złego ducha, chciałem znaleźć przyczynę „zarażenia” się Złym, otwarcia się na jego działanie. Rozmawialiśmy o jej życiu, choć trudno jej było mówić o ostatnich 10 latach. Lęki były odkąd pamięta. Trochę pracowała kimś się opiekując, ale nie dostawała za to pieniędzy, dobrze, że miała co zjeść, a zimą ogrzać się. Ich mieszkanie pozbawione było ogrzewania, prądu,  gazu, ciepłej wody, nie gotowali – tu cytat.:„zimą w ogóle drzwi do kuchni przymarzły”. A mieszkali w ładnej kamienicy w centrum miasta. Nie miała przyjaciół, niewielu znajomych, nigdzie prawie nie chodziła. Często całe godziny i dni spędzała w swoim „pokoju” – wydzielonym dla niej małym pomieszczeniu zbudowanym z płyt, bez okien, leżąc pod kocem ze swoimi lękami. W każdym razie nie stykała się z niczym, co miałoby związek z szatanem; nie miała styczności z miejscami, rzeczami lub osobami na które wywiera wpływ zły duch: z praktykami okultystycznymi, sektami, bioenergoterapeutami, wróżkami, uzdrowicielami, horoskopami, muzyką i lekturą satanistyczną itp., chyba że spowodowane to było ciągłym życiem w stanie grzechów ciężkich. Cofnęliśmy się we wspomnieniach do wcześniejszych lat, bo stwierdziła, że lęki były jeszcze wcześniej. Uczyła się w liceum, w tym czasie przebywała w domu dziecka. Wcześniej? Ojca prawie nie pamięta, przez dom przewijali się w różnych latach różni mężczyźni. Jak była traktowana? Nieraz spała w piwnicy na kartonach, jako najmłodsza pierwsza musiała próbować już nieraz cuchnących odpadków jedzenia przynoszonych ze śmietnika przez mamę, /stąd prawdopodobnie jadłowstręt/, była bita przez ojczyma, wspominała jak bił ją popielniczką po głowie, biła ją siostra. Nie miała oparcia w nikim, mama najczęściej była pod wpływem alkoholu, wówczas przeklinała ją, złorzeczyła, jedno ze sformułowań które wspomniała Marta brzmiało „żebyś zdechła...”. Wiedziałem że życzenie zła, odsyłanie do diabła jest przekleństwem, które ten wykorzystuje, a tym bardziej dokonane przez matkę. To jest jak oddanie mu jej. Pozostając bez jakiejkolwiek pomocy, postanowiliśmy zaryzykować i sami nocą, gdy dzieci już spały, modlić się nad Martą modlitwami o uwolnienie i egzorcyzmami prostymi dopuszczonymi przez Kościół. Dla uzdrowienia ważne jest przebaczenie, tłumaczyłem więc Marcie, żeby  modliła się za mamę, gdyż i ona na pewno była przez ludzi poraniona, wykorzystywana, nigdy nie doznała prawdziwej miłości, nie miała w nikim oparcia, odrzucana, nie poradziła sobie sama z sobą, wpadła w chorobę alkoholową – teraz  zniewolona, sama wymaga pomocy. Zdziwiłem się, bo Marta nie miała w sobie nienawiści. Powiedziała, że bardzo kocha swoją mamę i siostry.  Martwiła się o nie, mówiła że jest potrzebna mamie. Rozmawialiśmy o tym, że gdy wyzdrowieje wspólnie pomożemy im, prosiłem żeby na razie „tylko” modliła się za mamę. Chciałem, by zajęła się sobą, gdyż wcześniej, gdzieś po tygodniu pobytu u nas, Marta poczuła się na tyle dobrze, że postanowiła wrócić do rodziny.  Odradzaliśmy jej, ale spakowała się i poprosiła o odwiezienie do domu. Wróciła do nas na drugi dzień cała roztrzęsiona.  Opowiadała, że gdy została sama w domu przyszły tak wielkie lęki, że zdążyła wziąć tylko to co miała pod ręką i przybiegła na piechotę ledwie odnajdując drogę. Akurat przyszedłem skądś i zobaczyłem ją leżącą pod kocem na łóżku. Była przerażona, cała drżała, żona tuliła ją, głaskała i coś tam jej szeptała. Później powiedziała, że w ich mieszkaniu jest strasznie, nie może tam przebywać sama, u nas jedynie czuje się bezpiecznie. Czytałem gdzieś, że przekleństwa  jak i błogosławieństwa jakby przenikają i pozostają w miejscach, pomieszczeniach, przedmiotach. Może stąd bierze się różnica w samopoczuciu?

    Tymczasem  ksiądz w moim przekonaniu stał się już niezbędny. Usilnie zaczęliśmy szukać. Wreszcie ktoś ze znajomych zasugerował pewne nazwisko. Żona zadzwoniła, krótko przedstawiła sprawę i równie krótką otrzymała odpowiedź: „Będę się za nią modlił, jutro odprawię Mszę św. w jej intencji, pojutrze przywieźcie ją”. Pojutrze był czwartek, ów ksiądz odprawiał w czwartki Mszę Św. z modlitwą o uzdrowienie i z specjalnym błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Liczyliśmy na cud, a tam ponoć zdarzały się cuda. Tymczasem była środa. Doszło do tego, że Marta  wyszła  z Mszy Św., tak lęki się spotęgowały, a po ich ustaniu  bardzo cierpiąc żaliła się, że jeżeli tak samo będzie jutro, już tego nie wytrzyma. Wieczorem podczas odmawiania różańca coś ją odrzucało od modlitwy. Baliśmy się że popełni samobójstwo, nie mogliśmy spać. Czwartek do południa był najgorszy, Marta jeszcze tym razem wytrzymała, ale nie mogłem już spojrzeć jej w oczy, była niemal zdruzgotana. My jednak już trzymaliśmy się nadziei. Po południu ruszyliśmy na wspomnianą Mszę i modlitwę jako ostatnią naszą deskę ratunku. Odbyła się wyjątkowa, pełna wiary i odczuwalnej „Obecności” Msza Św., po niej nabożeństwo z modlitwą o uzdrowienie. W pewnej chwili ksiądz powiedział, że Pan Jezus uwalnia teraz kilka osób z przekleństwa... Byłem zaskoczony, miałem przeświadczenie, że dotyczy to  Marty. Potem ksiądz modlił się nad nią jeszcze osobno. Byłem przekonany, że została uzdrowiona. Powiedziałem jej o tym po wyjściu z kościoła. Odpowiedziała mi krótko z uśmiechem: „Wiem o tym”. To było w czwartek wieczór. Noc miała spokojną, wyspała się...

   Tu chcę powiedzieć o jednej rzeczy. Tej nocy szatan przyszedł do mnie. Doświadczyłem sam, że on istnieje, jest osobą, a raczej antyosobą! Widziałem go w pokoju, pod oknem, całą straszną postać. Stał i patrzył na mnie nienawistnym, mrocznym wzrokiem. To wystarczyło, bym odczuł przerażenie tak silne, że nie można tego wyrazić słowami. Chciałem krzyczeć, ale żaden dźwięk nie wyszedł mi z gardła, cały byłem jak sparaliżowany, nie mogłem się poruszyć. On nie nienawidzi, jest samą nienawiścią, straszne musi być dla człowieka piekło. Jeżeli to on dręczył Martę, wiem co czuła.

 

  Wracając do Marty; w piątek i sobotę pojawiły się jeszcze jakby jakieś lekkie lęki, ale na krótko. Już radośniej modliliśmy się na różańcu i modlitwami o  uwolnienie i uzdrowienie całkowite, dziękowaliśmy, bo dla nas był to cud. Całą niedzielę Marta była zadowolona, ale ja daleki byłem od radości - pozostawała jeszcze anoreksja. Od dwóch dni Marta nic nie zjadła, a  nie chciała nawet słyszeć o jakichkolwiek lekarstwach, czy pójściu do lekarza.  Zastanawiałem się czemu nie została uzdrowiona i z tej choroby. Rozmawiałem o tym z Martą długo i szczerze. Okazało się, że nie uważa swojego niejedzenia za chorobę. Mówiła, że po prostu jej się nie chce jeść i czuje się z tym dobrze. Tłumaczyłem, że alkoholik, dopóki uważa się tylko za smakosza, nie rozpocznie leczenia. Musi przyznać się sam przed sobą do alkoholizmu. Wiedziałem, mówili to lekarze z którymi się kontaktowaliśmy, że Marta umrze. Przypadki wyzdrowienia z anoreksji są naprawdę wyjątkowe i tylko przy wsparciu rodziny. Powiedziałem jej to. Prosiłem, żeby przyznała się do choroby i zgodziła na leczenie. A jeżeli coś jest niemożliwe u człowieka, możliwe jest u Boga. Obiecałem, że jeżeli podejmie leczenie pojedziemy jeszcze raz do księdza, może otrzyma kolejny cud. W końcu przyznała, że jest chora na jadłowstręt i zgodziła się na leczenie. W poniedziałek rano nie było żadnych lęków, radosna i spokojna uczestniczyła we Mszy Św., przyjęła Pana Jezusa, a po powrocie stwierdziła, że skoro czuje się tak dobrze, wraca do domu na kilka dni. Odradzaliśmy, ale twierdziła, że musi pomóc mamie. Nie chciałem jej odwozić, powiedziałem, że jeżeli czuje się zdrowa niech spróbuje jechać sama. Myślałem, że może się nie zdecyduje. O 9.30 odprowadziłem ją na przystanek. Jak zwykle przytuliła się na pożegnanie, podziękowała i odjechała. Wcześniej prosiła żonę o telefon. O godz.13.30 żona zadzwoniła do niej. Wszystko było w porządku, mówiła, że mama ją ciepło przyjęła, zrobiła sobie pranie i... zjadła dwie kanapki, co potem potwierdziła jej mama. Przez ostatnie 4 dni razem nie zjadła 2 kanapek, a tu na jeden posiłek! Była niezwykle radosna. Planowała nazajutrz spotkać się z nami.

  Pół godziny później leżała martwa na podwórku przed kamienicą. Kilka minut wcześniej jej siostra i mama  wyszły z domu, Marta  została sama. A tak bała się samotności i tego mieszkania. Co się wtedy wydarzyło w tym życiu zapewne już się nie dowiemy. Ale jak to sobie wytłumaczyć? Gdzie był błąd, dlaczego do tego doszło? Wypadła, wyskoczyła, czy została wypchnięta z okna 4 piętra klatki schodowej?

  

Jaka była Marta u nas? Z łatwością przystosowała się do naszego stylu życia, była cicha, pracowita, np.: nie dawała się wyprzedzić w zmywaniu naczyń, przygotowywaniu stołu do wspólnych posiłków, sprzątaniu; bardzo uczynna, często wyprzedzała moje myśli np. zanim zaproponowałem herbatę, ona już ją niosła. Za wszystko dziękowała, a wieczorem otrzymywaliśmy specjalne podziękowanie za cały dzień, przytulała się i szła spać do swojego pokoju. Nie zauważyłem by miała do kogoś nienawiść, złość, na nic nie narzekała, kochała swoją rodzinę. Nasze dzieci ją bardzo polubiły, choć musiały dzielić się nami z nią. Ja podziwiałem ją w znoszeniu tych wszystkich cierpień, bardzo się do siebie przez ten czas przywiązaliśmy. Codziennie uczestniczyliśmy w Eucharystii, przyjmowaliśmy Pana Jezusa, uczestniczyliśmy w Jego cichej adoracji, Marta powierzyła Mu swoje życie, swoją wolę, tyle się modliła, w ostatnich dniach odmawiała codziennie wszystkie trzy części różańca, sama zachęcała nas do modlitwy. Chodziliśmy na  wspólnotowe modlitwy uwielbienia, poznała tam wiele osób, które okazywały jej wiele serdeczności, odwiedzaliśmy też razem w szpitalu Mirkę. Chyba dzięki temu ustępował strach przed ludźmi. Na początku nie było nawet mowy o samodzielnym wychodzeniu z domu, natomiast kilka dni przed śmiercią wyraziła ochotę wyjazdu do Medziugorja, gdzie my doznaliśmy nawrócenia. Były z żoną złożyć dokumenty na paszport. Powoli też ustępowały inne choroby ciała.  Był to najlepszy okres w jej życiu – żyła blisko Boga, odzyskiwała pokój, zaczęła się uśmiechać. Wszystko było na dobrej drodze. Dlaczego więc  tak się stało, dlaczego taką śmiercią? Czyżby szatan zwyciężył? W cierpieniu próbowałem odpowiedzieć sobie sam na pytanie: kto tu jest winien?   Może Bóg dopuścił do takiej śmierci, aby przyszło opamiętanie? Marta tak bardzo prosiła o modlitwy w intencji jej rodziny.  Mama Marty była lekarzem, teraz bez prawa wykonywania zawodu, chora na alkoholizm, sama bez pomocy ludzi posiadających prawdziwie miłość Bożą,  już z takiego życia się nie podniesie. Ojciec – nauczyciel, umiera gdzieś w innym mieście schorowany, wyniszczony i opuszczony, ojczym zmarł w strasznym cierpieniu, dwie siostry, każda z dwojgiem dzieci ale bez mężów... Cóż jeszcze czeka tę nowoczesną, wykształconą, katolicką rodzinę, która uległa duchowi obecnego czasu? Czy  można  winić rodzinę za śmierć Marty? A kto ich doprowadził do takiego życia? Ludzie sprytniejsi, cwańsi, obliczający zyski i straty, rywalizujący, potrafiący „dobrze” wykorzystać sytuację, umiejący sobie radzić w życiu, dla dodania wielkości swojemu „ego” dopuszczający się  obmowy, naśmiewania i kpin przy fałszywych gestach przyjaźni, z premedytacją zabijając dobre imię swych bliźnich, raniąc ich dusze, ich otwartość, serdeczność, miłość. Ależ to my, dzisiejsi chrześcijanie! Mamy się przecież lepiej, a czyż nie zdobywamy naszego statusu społecznego rywalizując z innymi, wydzierając od ludzi i Boga jak najwięcej dla siebie, swoich spraw, czy idei? Czyż nie żyjemy nazbyt tym światem w pogoni za wygodami i przyjemnościami,  niewolnicy rzeczy materialnych i  swojego dobrego imienia, zapatrzeni w siebie i co najwyżej w swoją rodzinę, wspólnotę, czy jakąś ideologię. Służymy jakiejś swojej wyimaginowanej idei Boga. Bogu służy naprawdę tylko ten, kto z Miłości do Niego wyrzeka się siebie, pragnie w pokorze pełnić w najwyższym stopniu jedynie Jego Wolę i czyni ją. Inne tzw. dobre uczynki skażone są miłością własną, często czynione dla swojej, nie dla Bożej chwały. Tak bardzo dbamy o wykształcenie naszych dzieci, ale nie przykładamy wagi do umiejętności  rozeznawania duchów i życia w Bożym Świetle. Wychowujemy karłów duchowych. I najstraszniejsze: dziś my katolicy tak naprawdę przestaliśmy już wierzyć w codzienną Ofiarę i Obecność prawdziwie Żywego Jezusa w Eucharystii. A jeżeli wierzymy, to z jakimż lekceważeniem Go traktujemy. Przecież z kimś kogo kochamy pragniemy przebywać, nieustannie o nim myślimy,  lubimy robić mu drobne przyjemności. A cóż  widać po wyglądzie i zachowaniu na niedzielnych Mszach Świętych? Cóż tu mówić o otwartych i pełnych ludzi pubach, kawiarniach, dyskotekach i pozamykanych na głucho kościołach, tłumach w niedzielę w hipermarketach i pustkach przed wystawionym Najświętszym Sakramentem /choć w nielicznych kościołach jest wystawiany do adoracji/. Nie bójmy się grzechu nazywać grzechem. Bardziej od Boga zajmują nas telewizory, komputery, komórki, moda, wrzaskliwa muzyka, itp. Pozwalamy sobą manipulować ulegając kuszącej, szatańskiej reklamie, promocjom, w nigdy nie nasyconej pogoni za wszelkimi formami przyjemności cielesnych, czyli wszystkim tym, co niszczy Bożą łaskę w nas, prowadząc naszą duszę do zatracenia. Przecież dusza ma nieskończenie większą wartość niż to zmysłowe ziemskie ciało. Ta poprzestawiana hierarchia wartości ukazuje naszą niewiarę. Dlatego łatwo my chrześcijanie ulegliśmy fałszywym urokom /przykład rodziny Marty/ społeczeństwa sprzedawców, kupców, reklamodawców i konsumentów, nie żyjącego by kochać, ale jak zwierzęta – by zaspokajać swe zmysły. I sami kusimy się wciągając w przeróżne –holizmy i –manie. Na cóż diabłom się trudzić? Przecież nawet naszej myśli nie zaprząta troska nie uchybiania przykazaniu miłowania bliźniego jak siebie samego, a co dopiero wysiłek dążenia do życia w braterstwie, czystości, jedności i miłości.  Ożywia nas jedynie własna korzyść, pochłania rywalizacja. Ależ to jakieś powszechne zahipnotyzowanie, myślimy, że jeżeli wszyscy wokół nas tak żyją, to jest to dobre, i twierdzimy nawet, że kochamy Jezusa i Maryję.  Ale czy zastanawiamy się jak Oni na nas patrzą? Nie, bo nie dostrzegamy  krwawych łez  Maryi, nawoływania do pokuty w tylu (choćby uznanych) miejscach Jej Objawień. Udajemy ślepych i głuchych i dalej żyjemy egoistycznie, w ciągłej rywalizacji, odgradzamy się od siebie (nawet w rodzinach) - ścianami, płotami, drzwiami i żaluzjami antywłamaniowymi, murami, chroniąc i usprawiedliwiając swoje wygody, adorując siebie samych i swoją dobroć, bo coś zrobimy na pokaz. A gdzie ubóstwo, prostota, pokora, wstrzemięźliwość, czy choćby umiarkowanie?  Dziś już nawet nikomu nie przychodzi do głowy cieszyć się i szczycić z przynależności do Jezusa, nawołuje się by chociaż się Go nie wstydzić. Szczycimy się za to swoją zapobiegliwością, mądrością, wyrachowaniem, cwaniactwem, przewrotnością, zapominając, że żyjąc tak stajemy się dziećmi diabła /Zob.1J3,8/, zabójcami Boga w sobie. Kiedy rzeczywiście czulibyśmy się dziećmi Bożymi cierpielibyśmy na widok obrażania i lekceważenia Go i żadne radości ziemskie nie mogłyby nas pocieszyć. Czyż nie czujemy się tak, gdy cierpi ktoś nam bliski? A przecież traktując kogoś nam nawet najbliższego lepiej niż Jezusa, stajemy się nie godni Go (por. Mt 10,37).  Kto prawdziwie kocha Boga, dziś cierpi i umiera widząc tylko w ciągu jednego dnia tysiące obelg i zniewag czynionych Jego odrzucanej Miłości! Nie oceniam nikogo, mówię o odczuciach swojego serca, które dziś cierpi, a przez to może stało się wrażliwsze, bliższe Jezusowemu. Tak wyraźnie dostrzegam ten staczający się  świat w którym zło stało się dobrem, a dobro, chrześcijańskie cnoty, naiwnością i brakiem roztropności. Dziś dostrzegam panujący w naszym katolickim społeczeństwie tryumfalizm usypiający nasze sumienia. Uważamy się za dobrych chrześcijan, podczas gdy o dźwiganiu  krzyża, nawzajem swoich brzemion, nawet nie chcemy słyszeć. Przeżyłem prawdziwy szok i zachwianie w wierze po tym jak zostałem potraktowany przez tylu kapłanów. Ciężko to pisać, ale zatracili wiarę w szatana, albo nazbyt lękają się go,  nie chcą modlić się nad chorymi, nie wierzą w potężną moc kapłańskiego błogosławieństwa. Błogosławieństwo Kapłana jest błogosławieństwem samej Trójcy Przenajświętszej, Kapłan czyni tylko znak – o tym mówiła Maryja Królowa Pokoju w Medziugorju.  Ale trzeba zechcieć ten znak z wiarą wykonać. Jakich trzeba dziś modlitw za Kapłanów, trzeba modlić się, modlić się, modlić się! Same modlitwy to za mało! Gdy wokół nas krąży jeden szatan, wokół Kapłana stu. Trzeba ich wspomagać, wstawienniczo pokutować, potrzeba składać samych siebie w ofierze Bogu Ojcu w jedności z Jezusem Eucharystycznym. Prosimy Boga o błogosławieństwa, a Jego największym błogosławieństwem są właśnie Kapłani. To dzięki ich posłudze Jezus nieustannie Ofiarowuje się za ludzkość Ojcu.  Bez Eucharystii świat już dawno stałby się piekłem. A takich mamy Kapłanów, jaka jest i nasza wiara. Nigdy nie obmawiać żadnego Kapłana, jakaż to radość i zwycięstwo szatanów. Nawet gdyby źle postąpił wobec nas jako człowiek, przeogromna jest jego godność Kapłana, każdy jest szczególnie umiłowanym synem Matki Bożej. Ale nie tylko Kapłani, wszyscy powinniśmy siebie nawzajem błogosławić i modlić się modlitwą wstawienniczą. Wielokrotnie doświadczyłem jej skuteczności, przewyższającą oczekiwania. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo Jezus pragnie uzdrowić każdego człowieka z jego niemocy duchowej, a my wolimy amulety, wróżki i bioenergoterapeutów zarażających demonicznością. Zajęci używaniem życia, nie patrzymy na świat oczami nadal cierpiącego Jezusa. Cierpiącej Marty nikt przez tyle lat nie zauważał, choć tak wielki procent w jej parafii uczestniczy w nabożeństwach. Nie. Wcale nie przestrzegamy przykazań, bo ich koroną jest Miłość. A tę, czy choćby odrobinę życzliwości trudno spotkać nawet na niedzielnej Mszy św. Trudno mi, zaledwie kilka lat temu nawróconemu w to uwierzyć, ale w tej całej sytuacji więcej przyjaźni okazują nam dawni znajomi, nie chodzący do kościoła, a nawet zdeklarowani ateiści. A iluż nowych znajomych, gorliwych chrześcijan potępiło nas, kręciło głowami, twierdzili: „uprawiacie masochizm”, a nawet: „słyszałem o waszych cudactwach na pokaz”. I szczycili się przed nami tym, że mają pracę, stanowiska, poważanie, a Bóg im błogosławi, bo mogli spędzić wakacje w górach i nad morzem. Uznano nas za głupców, obgadano, wielu odsunęło się, ignoruje, stroni od nas. O biedni, dokąd będziecie mieć zdziecinniałą postawę brania. To niedorozwój duchowy. Czy aby na pewno to Bóg wam błogosławi? Uczeń Chrystusa nie żyje dla siebie, ale wyniszcza się z miłości do swego Mistrza, dla Jego spraw. A Jego sprawą nie jest dawanie ludziom wszelkich cielesnych przyjemności (to nie są błogosławieństwa), to podsuwa szatan i ten świat, którego Jezus uczy wyrzekać się. Jego sprawą jest ratowanie ludzi od wiecznego potępienia. Tu przecież należymy do Kościoła walczącego. Odpoczynek czeka nas dopiero w Królestwie Wiecznym. Zechciejmy stać się Jego prawdziwymi uczniami, a jeżeli mienimy się nimi, odpowiedzmy na wezwania do pokuty, na Jego wzór składajmy siebie w ofierze dla ratowania zaślepionych ludzi idących na wieczne potępienie. W szpitalach psychiatrycznych spotykałem wielu ludzi takich jak Mirka i Marta, którzy potrzebują jedynie miłości i modlitwy uwalniającej od demona. Tym pocieszymy jakże bardzo cierpiącego dziś Jezusa. Przecież On Żyje Obecny w Eucharystii, odczuwa radość, smutek, cierpienie i ... samotność w Tabernakulum. Jego dobroć nie może nas zwalniać z obowiązku szacunku i czci. Ale tchnienie bestii nas zmieniło, staliśmy się gruboskórni, zobojętniali, tak przyzwyczailiśmy się do zła wokół nas, tak tym przesiąkliśmy, że nie poszukujemy już miejsc czystej miłości. Nie możemy już zrozumieć jak  Jezus – król ducha, jest wrażliwy, delikatny, łagodny. Jego agonia trwa nadal, owszem jest nawet większa niż na Golgocie. W tym trwającym jeszcze czasie Miłosierdzia nie zapominajmy, że Jego Krew nie zatraciła swej podwójnej właściwości: przebaczania i potępiania. A czas sprawiedliwości również przecież nastanie. Wszyscy poczujmy się więc winni, ja czuję się winien, jestem winien nazbyt jeszcze wpatrzony w siebie. Popełniłem zbyt wiele błędów, za mało miałem cierpliwości, bez wiary- liczący bardziej na siebie niż na Moc i Łaskę Ducha Świętego. Niech ta śmierć nie będzie daremna, niech nam wszystkim przyniesie opamiętanie. Zwróćmy się do Boga, pozwólmy by nas nawrócił z naszego zaślepienia, niech nikt nie mówi że to go nie dotyczy, to pycha.  Pan nasz czeka, nie ma dróg bez wyjścia, nie ma życia przegranego, bo nie ma takiego zła, z którego nie wyprowadziłby dobra. Myślę, że tak się stało i z Martą. Były plotki pobożnych, zgorszonych Martą, o jej samobójczej śmierci. Jaka by nie była, była to śmierć męczeńska, jak męczeńskie było jej życie pełne cierpienia, poniżenia, ale i przebaczenia i miłości. Wierzę, że Ona obumarła jak obumiera nasionko, by wydać plon. Nich  ta śmierć nie będzie daremna, stańmy się jej dobrym owocem. Módlmy się o to, by na tę rodzinę nie spłynęło kolejne przekleństwo, ale niech ofiara Marty przyniesie błogosławieństwo,  powrót do jedności z Bogiem. Pan Jezus skruszonego nigdy nie potępia, ale ogarnia Swoją Miłością i uzdrawia. Zastanawiam się teraz, czy odwzajemniam  choć trochę Jego szaleńczą wręcz miłość do mnie, czy moje serce jest poświęcone na tyle Jemu, Jego sprawom,  na tyle czyste, pełne pokoju, że może być mieszkaniem i odpoczynkiem dla Jezusa? Czy jest ono Jego Królestwem, czy królestwem własnego pysznego „ja”, które daje się karmić szatanowi?   Nie, nie mam się czym poszczycić, sama nędza. Ale odczuwałem tak  wielką gorycz, nawet żal do Ciebie Panie  za tę, za taką śmierć, po tym wszystkim co przeszliśmy, że bliski byłem zwątpienia. Do kogóż innego jednak miałbym pójść? Jeżeli mam kogoś winić, to siebie, zbyt lichym narzędziem jestem. Dwa kluczowe słowa przychodzą mi teraz na myśl – skrucha i prawda. Wszystkie te cierpienia, to świadectwo, będą na próżno, jeżeli teraz oburzamy się, szukamy sobie usprawiedliwień. Pokornie, w skrusze stanąć w prawdzie samemu przed sobą w obliczu cierpiącego i kochającego mnie Boga i przyznać: – nie mam MIŁOŚCI! Zwrócić się do Maryi, ona wskaże i wyprowadzi na drogę właściwą - do Jezusa, ku przebóstwieniu i zjednoczeniu z Nim. Świętość to jedyna droga chrześcijanina. On nie jest Panem wymagającym. Sam prowadzi, wszak jest „Drogą i Prawdą i Życiem”. Z Nim nawet w przeciwnościach i kłopotach można  czuć się naprawdę szczęśliwym, radosnym, pełnym pokoju. Wiem co mówię, bo ja często dostaję tę łaskę. Śmierć Marty zadała mi jedynie cierpienia, ale czyż Jezus nie obiecał krzyża? Krzyża, który przyjmowany z wiarą nie jest ciężarem, ale uskrzydla, staje się radością. Bo i teraz odczuwam, że to brzemię staje się lekkie i słodkie, znów przywracasz mi Panie pokój i radość. Dajesz  takie poznanie, zrozumienie, że winienem dziękować Ci Boże za to,  że raczyłeś posłużyć się naszą rodziną, naszymi znajomymi, a szczególnie Twoimi Kapłanami, bo to Oni- szafarze Twoich Sakramentów- doprowadzili Martę do Ciebie.  Nie znamy Twoich wyroków... może uniosłeś jej duszę ze zbyt wielkiego cierpienia? Czekałeś tylko na najlepszy moment jej życia, tak by została zbawiona. Liczy się wieczność, nie przelotna chwila życia na ziemi. To życie jest tylko próbą wydoskonalenia się w miłości.  Niewątpliwie Marta nawróciła się w ostatnich tygodniach życia i być może odeszła w najlepszym momencie, w najlepszym czasie dla siebie i dla nas, byśmy i my jeszcze zdążyli się nawrócić.   Myślę, że choć na ziemi panuje smutek, to całe niebo świętuje. Wita nową mieszkankę. Jej już jest dobrze, swój czyściec już przeszła - z nami, którzy mienimy się chrześcijanami. Teraz jest już w wiecznym szczęściu. Czyż tam nie oręduje za nami ta, która umiała tak łatwo przebaczać; ta, która w swych chorobach  i cierpieniu o jakich nie mamy pojęcia, potrafiła dostrzegać innych i z miłością, na ile mogła- im służyć?  Dajesz mi Panie takie przekonanie. Dzięki Ci za to pocieszenie. Dziękuję Ci Marto, wiele Ci zawdzięczam. Módl się za nami grzesznikami zapatrzonymi w siebie.  A my? W pogoni za wielkością, wygodą  i zaspakajaniem zmysłów nie przegapmy wieczności!

 

 

   Po wielu latach od tamtych wydarzeń dodaję ten dopisek..

   Wspomnienie to napisałem wkrótce po śmierci Marty. Dziś bogatszy o wiele doświadczeń widzę wiele błędów w tamtym moim myśleniu i działaniu. Jednak udostępniam tekst taki jaki był.  Świat posunął się znacznie w złu .i czasem trzeba świętego gniewu dla przebudzenia dobrych, którym się przysnęło. Nie chcę nikogo ani urazić ani zniesławić. Wszystkie imiona zostały zmienione. Nie potrzeba też brać z nas przykładu w naszym postępowaniu wobec złych duchów, dlatego dodaję kilka słów sprostowania na ten temat.

   Wmówienie ludziom, że ich nie ma jest największym  zwycięstwem demonów.  Ale dziś na tyle już mają ludzkość w swej mocy, że przestają się ukrywać. Gdy ktoś próbuje wyrwać się z ich wpływu /jak Marta/, lub stanie im na drodze - próbują zastraszać. Ale tylko tyle mogą. Żyjący w bliskości Boga, w stanie Łaski, nie muszą, wręcz nie mogą się ich obawiać i lękać. Przecież jest to niegodne miana dziecka Bożego. Jeżeli czujemy się prawdziwie uczniami Chrystusa, mamy nawet obowiązek prowadzenia walki z mocami piekielnymi, ale walki rozumnej. Walczymy z tymi, które stają na drodze naszego chrześcijańskiego życia jednak sami nie szukamy kontaktu i nie podejmujemy dialogu...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ksmwzg.htw.pl