Abrara Kabra - no jakos tak! [Z], fanfiction
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ABRARA KABARA - NO, JAKOŚ TAK
- Nie, Granger, nawet się nie waż. Nie dotykaj mnie, Granger!! No, dobra, ostrzegałem cię…
- Au! Co pan robi?
- Zamkniesz w końcu tę swoją gryfońską niewyparzoną czy życzyłabyś sobie, żebym ci pomógł? Bo jeśli to drugie, to ja bardzo chętnie.
- Czy nie mógłby pan poleżeć spokojnie przez pięć minut?!
- Spokojnie?! Granger, obok ciebie nie da się leżeć spokojnie. Stać, siedzieć, cokolwiek!! Nie patrz tak na mnie i, niech to szlag, zabieraj to żelastwo!!!
- To tylko kociołek…
- Kociołek?? Po raz pierwszy na oczy taki kociołek widzę.
- A na nos…?
- Nie łap mnie za słówka, Granger!
- A za co mam łapać?
- Grrrr…
- Dobrze, już dobrze. Hej! Co pan robi?!
- Zabieram się stąd, skoro ty nie chciałaś.
- Nigdzie pan nie idzie. Takie są rozkazy dyrektora…
- Chcesz wiedzieć, gdzie mam dyrektora?!
- Wolę nie.
- Jednakowoż…
- Wolę nie!
- Mówiłem, żebyś mnie nie dotykała!
- To jak mam panu usunąć to paskudztwo?
- Poradzę sobie.
- Wątpię.
- Po co ci ten… eee… kociołek?
- Eliksir.
- Eliksir co?
- Jest.
- W środku?
- Mhm.
- Elokwencja, Granger, gdzie twoja sławna elokwencja?
- Tam gdzie i pana małomówność.
- Robimy się zgryźliwi, co?
- Nie – to ja robię się zgryźliwa. Mam niemiłe wrażenie, że pan zgryźliwość wyssał z mlekiem matki.
- Grrrr…
- Proszę to wypić.
- Nie.
- To nie była prośba.
- Kto tu jest Mistrzem Eliksirów?
- Ten, kto ma połamaną różdżkę, pozostałości dowcipu Irytka umiejscowione dość głęboko w pośladku i nieco zaćmiony umysł, zdaje się.
- Poddaje się.
- Tak szybko? To do pana nie podobne.
- Przestań mnie irytować.
- Nawet mi coś podobnego przez myśl nie przeszło. Pije pan czy nie?!
- Eee…
- To znaczyło nie?
- Nie.
- Czyli oznaczało: tak.
- Dorwę cię jeszcze w swoje ręce, Granger.
- Prosiłabym o ich wcześniejsze umycie. Trochę się panu lepią.
- Nie skomentuję.
- A szkoda. Ponawiam zapytanie.
- Piję. Granger?
- Taaak?
- Co to za eliksir?
- Rozkoszna Tortura, profesorze Bardzo-Wszystkich-Irytuję-Snape.
- Tak też myślałem.
- Nie wiem, dlaczego się pan uśmiecha.
- Uśmiecham się?
- Wyraźnie.
- Hm. A teraz?
- Nie, teraz już nie.
- A więc – na czym skończyliśmy?
- Rozkoszna Tortura.
- Aha. No więc, tak też myślałem. Granger?
- Taaak?!
- A tak naprawdę?
- Eliksir Znieczulający.
- Jestem mężczyzną.
- Jak widać na załączonym obrazku.
- Nie mogę tego wypić. Jestem mężczyzną.
- Oo! A to nowość. „Eliksir Znieczulający jest to eliksir… bla, bla, bla… przeciwwskazania: kobiety w ciąży, wampiry, krogulce złociste, gumochłony…” To pańskie słowa. Przegapiłam moment o mężczyznach, czy najzwyczajniej w świecie go tam nie było?
- Twardy, Granger, twardy. Mężczyzna musi być twardy.
- Ja bym powiedziała, że to zależy od sytuacji.
- Coś sugerujesz?
- Pije pan czy nie?
- Nie.
- Ostatnie słowo?
- Niech cię dunder świśnie!
- O trzy za dużo. No dobrze, skoro woli pan bez…
- Żadnego bzu. Ewentualnie chryzantemy.
- Bez eliksiru.
- Och, doprawdy, Granger?
- W takim razie liczę do trzech.
- To może do pięciu. Umiesz?
- Podołałabym. Jednakowoż wolę do trzech.
- Mam! Siedem. Siódemka jest silną magiczną liczbą…
- To może jednak eliksir?
- Licz.
- Do trzech?
- Na Merlina, Granger, licz!
- Raz…
- Au!! Ty… ty… ty… potworze!!
- Och, jestem pewna, ze stać pana na bardziej obraźliwe obelgi pod moim adresem.
- Miało być do trzech!!
- Po ostatniej kwestii doszłam do wniosku, że to panu obojętne.
- Pożałujesz tego.
- Ale jest jedna dobra strona…
- Tak. Drugi pośladek.
- Też. Ale chodziło mi raczej o to, że podziałał element zaskoczenia.
- I to ma być ta dobra strona?
- W każdym razie lepsza.
- Polemizowałbym.
- No i pozbył się pan tego drutopodobnego czegoś… Przynajmniej w większości.
- Granger… Być może uznasz, że się czepiam szczegółów, ale…
- Tak, profesorze?
- Co to znaczy, do cholery, w większości?!
- To znaczy, ze jedna malutka część została…
- Oszczędź mi szczegółów.
- …w środku.
- Och, nie.
- Niestety, tak. Eliksiru?
- Poproszę. Granger?
- Tak?
- Nie tego.
- ??
- Tego.
- Protestuję. To nie jest eliksir!
- Ależ jest. Zadziwiająco skuteczny.
- Nie wypije pan tego!
- Hm, chcesz się założyć, Granger?
- To mi wygląda podejrzanie. Chce się pan otruć, tak?
- O niczym innym nie marzę. Ale nie dziś. Dziś chcę się tylko upić.
- Alkohol?!
- Bingo, Granger. Dołączysz się?
- Nigdy w życiu!!
***
- Widzisz tam to, co ja?
- Mhm.
- Czekaj, Granger, skąd wiesz, co ja widzę?
- Nie wiem. A rzeczywiście to pan widzi?
- Mhm.
- Aha. No to w porządku.
- Granger?
- Taaak?
- Możesz łaskawie zabrać tą czuprynę z mojej szaty?
- To rozkaz?
- Nie, skądże. Delikatna sugestia. Granger!!! Co ja ci powiedziałem?!
- Mówił pan, ze to tylko delikatna sugestia.
- Grrrr!
- Profesorze…?
- Pij, Granger. Zauważyłem, że alkohol zamyka ci usta.
- Czy to coś nadal tam jest?
- Masz na myśli…?
- Mhm.
- Nie, wybrało się na spacer po zamku. Urocze widoki.
- Tak tylko pytam… To może jednak wyjąć…?
- Ani mi się waż!
- To dobrze.
- Dlaczego?
- Bo… Nie bardzo mogę się podnieść…
- Chwała ci Merlinie za to!
- Profesorze…?
- Śpij, Granger.
- Mhm.
- Cóż za upiorna dziewucha!
- Słyszałam…
- Śpij!!
***
- Albusie… Czy sok dyniowy, który spożywaliśmy w twoim gabinecie…?
- Słucham cię, Minerwo.
- Czy jesteś pewien, że on był, no wiesz, świeży?
- Jak najbardziej. Źle się czujesz?
- Nie. Tylko… Mam omamy.
- Zezowate gnomy w czapeczkach świętego Mikołaja? Króliczki playboya tańczące polkę z Ministrem Magii? Zielone puchate stworzonka całujące namiętnie Argusa Filcha? Białe, koronkowe pończoszki na nogach profesor Umbridge? A może – panna Granger i profesor Snape w dwuznacznym uścisku, w stanie wskazującym na spożycie…?
- To… To ostatnie, Albusie. Dodałabym do swojej wizji wietrzące się pośladki Mistrza Eliksirów.
- Tak. Ewidentnie nieświeży. Do skrzydła szpitalnego, Minerwo!
***
ABRARA KABARA - NO, JAKOŚ TAK c.d.
- Granger… Czemu tak na mnie patrzysz?
- Próbuję zachować w pamięci ten komiczny widok.
- Uważaj. Gryzę.
- Jakie to dziwne uczucie: widzieć, że potrafi pan przez dziesięć minut nie pluć jadem.
- Nie zwykłem pluć przez sen.
- Ale mimo to…
- Szlaban!
- Co?!
- Szlaban. Ogłuchłaś?
- Za co?
- Za nadużycie alkoholu.
- Ale to przecież pan mnie upił!
- Co nie zmienia faktu.
- Grrrr!
- Hej! To była moja kwestia!
- Może mnie pan puści?
- A czy ja cię trzymam, Granger? Wyplącz te swoje kończyny z mojej szaty sama. Ja ich nie dotykałem.
- Profesorze?
- Nie próbuj na mnie żadnych gryfońskich sztuczek!
- Dlaczego pan uważa, że zamierzam?
- W tempie błyskawicznym zmienił ci się wyraz twarzy.
- Gdyż właśnie… ekhm…
- Do stu piorunów, Granger – wyduś to z siebie!
- Gdzie spożywaliśmy… eee… rozmawialiśmy wcześniej?
- Pod klasą transmutacji.
- Nie wiedziałam, że wystrój wnętrza może tak diametralnie ulec zmianie w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut.
- Rzeczywiście. Hm. W dziwnie znajomym kierunku nastąpiła ta zmiana. Tu jest niemal jak w moim gabinecie. Do stu piorunów – to JEST mój gabinet!!
- Ekhm… Nie przypominam sobie, abyśmy zmienili lokalizację.
- A to oznacza, że…?
- A to oznacza, że uraczyliśmy kogoś niezwykłym widokiem. Panna-Ja-Wiem-To-Wszystko-Granger z Gryffindoru oraz Profesor-Bardzo-Wszystkich-Irytuję-Snape, pogromca Gyfonów, chwilowy ekshibicjonista, złączeni w pijackim uścisku.
- Zaciekawił mnie fragment: chwilowy ekshibicjonista…
- Szata.
- O, Merlinie! A jeśli to był uczeń?!
- Nie sądzę. Obudzilibyśmy się wtedy na boisku Quidditcha.
- Ciekawi mnie twój tok rozumowania.
- Nie musi pan syczeć. I tak mówi pan niewyraźnie. Po prostu w korytarzu nie zmieściliby się wszyscy, którzy chcieliby nas obejrzeć.
- Przekonuje mnie twoje wersja, Granger.
- Co robimy?
- Ty rób co chcesz. Ja właśnie zamierzam wyrzucić pewną smarkulę za drzwi.
- Nie może pan tego zrobić! Jestem nieuczesana.
- Jak zawsze, Granger. Nie irytuj mnie, bo mogę ci zrobić coś gorszego.
- Na przykład?
- Zawsze uważałem, że jesteś wyjątkowo niesubordynowana.
- A co z panem?
- Co masz na myśli?
- Drut.
- O ile się nie mylę, ten element mamy już za sobą.
- Nie do końca.
- Rzeczywiście. Granger?
- Tak?
- Myślisz, że można z tym żyć?
- Eeee… Na moje oko ma pan już zbyt wiele rzeczy w dupie, aby jeszcze pomieścić i ten kawałek drutu.
- Drugi szlaban.
- Ale ja chciałam tylko rozluźnić sytuację!
- Lepiej rozluźnij PALCE, bo rysujesz paznokciami moje biurko. To bardzo delikatne drewno!
- To jak z tym drutem?
- Udam się do Poppy.
- Jak pan sobie chce. Mogę w takim razie wyjść?
- Czekaj, Granger. Miałem cię przecież wyrzucić.
- Ach, tak – zapomniałam. Tylko proszę nie zapomnieć o tych rękach. Rozumie pan, prałam szatę.
- Nie będziesz mi dyktowała warunków, Granger. I tak miałem umyć…
- Niech się pan pospieszy!
- Już.
- Nie, proszę mnie nie łapać w tym miejscu!
- ??
- Mam łaskotki.
- Aha. A tu może być?
- Tak.
- Wiesz, co, Granger?
- Nie wiem.
- Jesteś trochę ciężka. Może zmodyfikujemy plan?
- Jakieś sugestie?
- Usiądź na biurku, owiń nogi wokół mnie. Oficjalna wersje będzie taka, że się opierałaś.
- Rozumiem. Pomysłowe.
- Granger, możesz łaskawie uważać na moje wrażliwe pośladki?!
- Przepraszam.
***
- Znów dostałeś O?
- Czy to nowość? Snape mnie nienawidzi.
- Nie da się ukryć. Czy my naprawdę musimy tam iść?
- Ron, chcesz odzyskać kociołek czy nie?
- Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to… nie.
- Dobra. To tu. Kto wchodzi pierwszy?
- Na pewno nie ja.
- Ja też nie. Snape mnie potraktuje pierwszą lepszą klątwą.
- Razem.
- Na trzy. Raz… Dwa… Trzy…
- ??
- Cii… Wycofujemy się, Ron.
- Myślisz, że nas usłyszał?
- Myślę, że nie. Ale na wszelki wypadek oddalmy się trochę.
- Zamknąłeś za sobą drzwi?
- Mhm.
- Harry?
- Tak?
- Powiedz, że nie widziałeś tego, co ja.
- Zależy, co ty widziałeś.
- Ta dziewczyna, która siedziała na biurku i obejmowała nogami kogoś, kto dziwnie przypominał Snape’a z gołymi pośladkami, to nie była Hermiona.
- Skoro tak mówisz…
- Chciałem się tylko upewnić.
- Myślisz, że powinniśmy wpaść później?
- Zdecydowanie.
***
- Trzymasz się?
- Mhm.
- Dobra, podnoszę cię.
- Au! Czemu znów mnie pan upuścił?
- Twoja różdżka mi się wbija.
- Gdzie?
- W…
- Dobra, wycofuję pytanie.
- Możesz ją wyjąć?
- I gdzie mam ją włożyć?!
- Decyzja należy do ciebie, Granger. Nie obchodzą mnie twoje perwersyjne praktyki, dopóki narzędzie zbrodni nie wbija mi się we wrażliwe miejsca.
- To było nie na miejscu. Nie mam drugiej kieszeni, a ręce mam zajęte.
- Granger!
- Dobrze, wezmę do ust.
- Wystarczy, że nie będziesz wbijała tam tego patyka.
- Różdżkę!!!
- Aha. Dobra, rób, co chcesz. Trzymasz się?
- Tak.
- O, Merlinie! Takie to drobne, a tyle waży.
- To moja siła ducha.
- Waga ducha, chyba. Uwaga, rzucam…
- Au! To bolało!!!
- Myślisz, że jak kogoś wyrzucam za drzwi, przygotowuję mu wcześniej materac?
- Jest pan…
- Myślę, że nie chcesz skończyć tego zdania, Granger. I tak masz już dwa szlabany. Widzę cię tu jutro o osiemnastej.
- Nie możemy sobie tego… eee… podarować?
- Jak myślisz?
- Myślę, że nie.
- Dobranoc, Granger!
***
- Wejść!
- Eeee… Dzień dobry, panie profesorze.
- Daruj sobie, Granger, te uśmieszki. Nic mnie dziś nie powstrzyma przed znęcaniem się nad twoim biednym… ekhm... duchem.
- Rozumiem. Jak tam drut?
- Zamknij usta, albo potraktuję cię Cruciatusem.
- To dyrektor to zrobił.
- Co? Potraktował cię Cruciatusem? A myślałem, że już bardziej nie potrafię go szanować…
- Przetransportował. Nas. Do. Pańskiego. Gabinetu.
- Nerwowa ta dzisiejsza młodzież. Nie zaciskaj tak ust, bo zaczynasz parę uszami wypuszczać.
- Parę? Parę pluszowych króliczków?
- Nie wymawiaj tego słowa na „P” w moim gabinecie!
- Którego? Aaa – pluszowych? To może zmienimy na, hm, różowych, na przykład…
- Tracę cierpliwość.
- Już się boję.
- A więc mówisz, że to Dumbledore. Chwała ci, Merlinie. Więc tylko on nas widział.
- Niezupełnie… Z tego, co wiem, widziała nas jeszcze profesor McGonagall, Harry, Ron i jeszcze jakiś pierwszoroczniak z Hufflepuffu. Ale ten ostatni się nie liczy, bo wpadł na nas w trakcie poszukiwania swoich okularów.
- To skąd w ogóle wie, że na nas wpadł?
- Wrażenia dotykowe.
- Pierwszoroczniak z Hufflepuffu dotykał moich…?
- Prawdopodobnie.
- Kolejny szlaban.
- Ja?! Za co?
- Za to, że się z tobą upiłem, spałem na korytarzu, zostałem zmolestowany przez jakiegoś niedowidzącego Puchona, skompromitowałem się przed dyrektorem, stałem się obiektem drwin Pottera i dlatego, że znów się nie uczesałaś, Granger. Wystarczy?
- Tak jakby.
- A teraz przejdźmy do szlabanu.
- Nie mogę się doczekać.
- Widzisz tą szafę?
- A jeśli powiem, że nie?
- To dostaniesz czwarty szlaban.
- Widzę.
- W środku jest chyba z dziesięć tysięcy starych ksiąg. Posegregujesz je w kolejności alfabetycznej.
- Przez trzy szlabany?! To niewykonalne!
- Oczywiście, że nie przez trzy. Tylko dziś.
- Grrrr!
- Zaczynaj. Tylko uważaj, bo te drzwi się… no, właśnie… zatrzaskują.
- …ak się… … … … omu… … .. ie!
- Głośniej, Granger, nic nie słyszę!
- JAK SIĘ STĄD ZARAZ NIE WYDOSTANĘ, KOMUŚ SIĘ OBERWIE!!!
- Poczekaj, zaraz coś wymyślę. Tyle, że połowa twojego ciała, na dodatek ta bardziej ponętna połowa, wystaje poza szafę i nie mogę się skupić.
PUK PUK
- Wejść!
- Dzień dobry, panie profesorze.
- Dzień dobry.
- Mam pewien problem.
- Słucham, Malfoy. Bądź tylko łaskaw się streszczać.
- Otóż, dziś rano Potter i Weasley wypróbowali na Goylu Zaklęcie Swobodnego Zwisu i teraz nie możemy go ściągnąć z sufitu…
- Wybacz, Malfoy, ale mam teraz poważniejsze problemy.
- Właśnie zauważyłem. Nie chciałbym być wścibski, ale dlaczego z pana szafy wystaje tyłek Granger?
- Więc nie bądź wścibski. A teraz się wynoś.
- Jak pan sobie życzy.
- Malfoy!
- Tak, profesorze Snape?
- Skąd wiesz, że to tyłek Granger?
- Ekhm… W takim razie ja już nie przeszkadzam. Zapytam profesora Flitwicka, na pewno zna przeciwzaklęcie.
- Granger? Słyszysz mnie? Poczekaj chwilę, gdzieś mam przeciwzaklęcie.
5 minut
10 minut
15 minut
- Mam!! Secundo flegalis!
- Nie. Muszę. Chyba. Przekonywać. Że. Jestem. Strasznie. WŚCIEKŁA!!!
- Ucisz się, kobieto. Sama jesteś sobie winna, trzeba było mnie wysłuchać do końca.
- Aaaargh!!!
- Granger?
- Mhm?
- Zdajesz sobie sprawę, że ugryzłaś mnie w ucho?
- Tak jakby.
- Zdajesz sobie sprawę, do czego jestem zdolny, kiedy kobieta gryzie mnie w ucho?!
- Tak jakby…
- Zdajesz sobie sprawę, że jestem skłonny oddać?
- Och!
- Owszem.
- Co pan robi?!
- Zamierzam oddać.
- O, Merlinie!!!
- Granger, gdzie idziesz? Granger! Zaczekaj!!! O, nie – tym razem ci to nie ujdzie na sucho!
- Aaaaaa!!!
***
- Harry…
- O, cześć, Ron. Byłeś na kolacji?
- Mhm. Właśnie wracam.
- Możesz mi podać notatki z transmutacji? Leżą na łóżku Neville'a.
- Harry…
- No?
- Pamiętasz, jak wczoraj szliśmy do Snape’a po kociołek?
- Wtedy, kiedy zdawało się nam, że widzimy Hermionę?
- Mhm. Tylko trochę wcześniej.
- ??
- Pamiętasz, jak mijaliśmy profesor McGonagall, rozmawiającą z profesorem Dumbledorem o zatrutym soku dyniowym?
- Taaak…
- No więc – oni chyba mieli rację. Ktoś MUSIAŁ zatruć sok dyniowy.
- Dlaczego tak uważasz?
- Dziś znów miałem halucynacje…
- ??
- Przed chwilą w pokoju wspólnym widziałem… To znaczy, wydawało mi się, że widziałem… Snape’a i Hermionę. Ona uciekała, a on ją gonił z krzykiem.
- Snape krzyczał?
- Coś o tym, że nie spocznie, dopóki jej nie odgryzie ucha. A potem Hermiona uciekła do dormitorium.
- Ron…
- Wiem, głupie, nie?
- Mhm. Podasz mi te notatki?
***
- Witaj, Severusie! Co cię do mnie sprowadza?
- Hm… Wczoraj… troszeczkę się wygłupiłem.
- ??
- No, dobrze! Bardzo się wygłupiłem.
- Nie szkodzi.
- To dobrze, bo… Nie szkodzi?
- Nie szkodzi, Severusie. Nawiasem mówiąc, bardzo mi się wczorajsze zdarzenia podobały.
- Podobały?
- Tak. Myślałem nawet, żeby je trochę… hm… ubarwić, ale się powstrzymałem.
- Chyba dla własnego spokoju nie powinienem pytać, co to był za pomysł.
- Zaiste, nie powinieneś.
- No więc… Pójdę do siebie, dyrektorze.
- Gdybyś miał jakiś problem, powiedzmy… natury drucianej… jesteś tu zawsze mile widziany.
- Dyrektorze!
- Tylko sugeruję.
- Pozbyłem się mojego problemu. A co do innych, proszę się nie martwić. Na razie do największych zalicza się fakt, że pan Malfoy rozpoznaje pannę Granger po... tej części pleców, gdzie tracą one swą szlachetną nazwę…
- ??
***
- Granger!!!
- Och!
- Zatrzymaj się, głupia dziewczyno!
- Intuicja podpowiada mi, że nie byłoby to rozsądne…
- Stój! Zmieniłem zdanie! Nie zamierzam odgryźć ci ucha!
- Och! Ups…
- Mam małą prośbę…
- Ja też. Może pan ze mnie zejść?
- A ty możesz na przyszłość sygnalizować, kiedy zamierzasz się zatrzymać?!
- Mhm. A więc - co pan mówił o tym uchu?
- Hm… Że zmieniłem zdanie.
- Z dobroci serca?
- Przeceniasz mnie, Granger. Doszedłem do wniosku, że nie mogę zniżyć się do tego poziomu.
- Rozumiem. To przecież niemal zakrawa na kanibalizm…
- O tym nie pomyślałem. Chodziło mi raczej o konsumowanie Gryfonów. Albo ich części. Obrzydliwe.
- Aha.
- Granger?
- Mhm?
- Mogę ci zadać pytanie?
- Podejrzewam, że cokolwiek odpowiem, pan i tak je zada.
- Racja.
- No więc, słucham?
- Powiedz mi, dlaczego Malfoy rozpoznaje cię po…
- ??
- Ekhm…
- Nooo…
- Pupie?
- A rozpoznaje?
- Takie odniosłem wrażenie.
- Cóż.
- No więc?
- Coś panu zaproponuję…
- Umieram z ciekawości.
- Może przestanie pan wtykać swój długi nos w moje…
- Uwierz, Granger, że nos to ostatnia część mojego ciała, którą chciałbym ci gdziekolwiek włożyć.
- Chyba wolę nie poznać głębszego sensu tego zdania.
- Wolisz.
- Profesorze?
- Granger?
- Pozostała tylko jedna sprawa. Nie cierpiąca zwłoki, dodałabym.
- Tak?
- Zapiera mi dech.
- Tak na ciebie działam?
- Właściwie tak. Wciąż mnie pan przygniata do podłogi…
- Och, rzeczywiście. Teraz lepiej?
- Zdecydowanie.
- Oczywiście pamiętasz o szlabanie?
- Mhm…
- Dziś o osiemnastej w moim gabinecie.
- Tylko nie księgi…
- Uwielbiam się nad wami znęcać!
- Jeśli to miała być pokrzepiająca odpowiedź, to się panu nie udało.
- Nie miała być.
- Och, no tak…
- To już wszystko, Granger. Możesz odejść.
- Niech pan uważa w drodze powrotnej na swoje… hm… na niespodzianki Irytka.
- Spokojna twoja rozczochrana, Granger!
***
- Dyrektorze, musimy porozmawiać.
- Ależ oczywiście, Severusie. Kiedy tylko zechcesz.
...