Abby Green - Noce w Salamance(1), harlequin
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
//-->Abby GreenNoce w SalamanceTłumaczenie:Ewa PawełekPROLOGCesar Da Silva nigdy nie przyznałby się, że przyjście tutaj zrobiło na nimjakiekolwiek wrażenie, a jednak czuł się fatalnie, stojąc na ścieżce, niedalekogrobu. Po raz kolejny zastanawiał się, po co w ogóle przyjechał. Odruchowozacisnął palce na małym, aksamitnym woreczku, ważąc w dłoni ciężką zawartość.Prawie o tym zapomniał.Uśmiechnął się cynicznie. Kto by przypuszczał, że w wieku trzydziestu siedmiu latulegnie sentymentalnym podszeptom serca. On, który zazwyczaj słynąłz racjonalnego podejścia do życia.Ludzie powoli opuszczali cmentarz usytuowany na jednym ze wzgórz w Atenach,aż w końcu przy grobie pozostali tylko dwaj mężczyźni. Obydwaj byli wysocy,mocnej budowy ciała, o szerokich ramionach. Podobnie jak Cesar mieli ciemne,krótko obcięte włosy. Nic dziwnego, że byli do siebie podobni. Był ich przyrodnimbratem, o którym nawet nie wiedzieli, że istnieje. Widział, jak jeden z nich opieradłoń na ramieniu drugiego. Nazywali się Rafael Falcone i Alexio Christakos. Mieli tęsamą matkę, ale różnych ojców.Po chwili przeszli obok niego, rozmawiając cicho. Cesar zdołał uchwycić zaledwiekilka słów wypowiedzianych przez młodszego brata: „Posprzątać przynajmniej popogrzebie…”. Falcone odpowiedział coś niewyraźnie, parskając żartobliwie,a Alexio kiwnął głową, uśmiechając się lekko. Poczucie pustki ustąpiło miejscarosnącej złości. Ci mężczyźni żartowali sobie w najlepsze, choć za ich plecamiznajdował się grób matki. Nie rozumiał, skąd ta nagła lojalność wobec kobiety,która, gdy miał zaledwie trzy lata, nauczyła go, że może liczyć tylko na siebie.Cesar odwrócił się na pięcie i wyminął mężczyzn, zwracając się twarzą w ichstronę. Uśmiech na ustach Falconego zamarł, zmieniając się w nieprzyjemnygrymas. W jego oczach, pięknych zielonych oczach, odziedziczonych po matce,Cesar zobaczył coś jeszcze. Przeraźliwy chłód.– W czym mogę pomóc? – spytał Falcone.Cesar popatrzył ponad ich głowami na otwarty grób matki, po czym znówskierował uwagę na twarze braci.– Jest nas może więcej?Falcone popatrzył zdziwiony na Christakosa, który zareagował natychmiast.– Nas? O czym pan mówi?– Nie pamiętasz, prawda?Mężczyzna zbladł, otwierając szeroko oczy. Pamiętał, musiał pamiętać, choćminęło tyle lat.– Przyjechała razem z tobą do mojego domu – kontynuował Cesar. – Musiałeś miećwtedy prawie trzy lata, a ja prawie siedem. Chciała mnie ze sobą zabrać, ale niemogłem z nią iść. Nie po tym, jak mnie porzuciła.Falcone popatrzył na skamieniałą twarz brata, po czym zwrócił się ostrym tonemdo intruza.– Kim jesteś?Cesar uśmiechnął się, choć bez cienia wesołości.– Jestem twoim starszym przyrodnim bratem. Nazywam się Cesar Da Silva.Przyjechałem dziś, by złożyć hołd kobiecie, która dała mi życie. Nie żeby na tojakoś szczególnie zasługiwała, ale uznałem, że tak trzeba. Poza tym byłem ciekawy,czy jest nas więcej, ale wygląda na to, że nie.– Co jest, do diabła? – wybuchł Christakos.Wściekłe spojrzenie najmłodszego brata przypomniało mu lata dotkliwejsamotności, której nie doświadczył żaden z nich.– Trzech braci, a każdy z innego ojca – stwierdził Cesar cierpko.Alexio Christakos zrobił krok do przodu, Cesar również. Dwóch mężczyznmierzyło się wzrokiem, jak przeciwnicy na ringu, gotowi rozpocząć ostatnią,decydującą rundę.– Nie przyjechałem tu po to, by z tobą walczyć, braciszku. Nic nie mam dożadnego z was.Alexio zacisnął usta.– Tylko do naszej matki. O ile to, co mówisz, jest prawdą.Cesar uśmiechnął się cierpko.– Jest prawdą, możesz być tego pewien – powiedział, mijając brata, nim ten zdążyłwyczytać z jego twarzy jakiekolwiek emocje.Cesar podszedł do otwartego grobu, wyjął z kieszeni aksamitny woreczek i rzuciłdo środka, w ciemną, głęboką otchłań. Woreczek upadł na trumnę z głuchymłoskotem. Zawierał bardzo stary, srebrny medalion, przedstawiający wizerunekpatrona toreadorów świętego Pedra Regalado.W pamięci odżył jaskrawy obraz z przeszłości. Matka ubrana była w czarnykostium, miała rozpuszczone włosy i oczy czerwone od łez. Wydawała mu sięnajpiękniejszą istotą na ziemi. Zdjęła z szyi medalion zawieszony na znoszonejtasiemce i założyła jemu, wsuwając za koszulę. „Będzie cię chronił, Cesar. Ja samana razie nie mogę. Nigdy go nie zdejmuj. Obiecuję, że wrócę po ciebie”.Obiecała, ale nie wróciła. Przez bardzo długi czas. Kiedy wreszcie się pojawiła,było już za późno. Coś w nim umarło. Nadzieja. Zdjął medalion tej nocy, gdy nazawsze pożegnał się z marzeniem o powrocie matki. Miał zaledwie sześć lat, ale byłjuż na tyle duży, by zdawać sobie sprawę, że nic nie jest w stanie go ochronić pozanim samym. Medalion powinien wrócić do tej, która mu go dała. Jemu nie byłpotrzebny.Zaczął iść w stronę ścieżki, gdzie stali jego przyrodni brata. Obserwowali gow milczeniu z kamiennymi twarzami. Poczuł bolesne ukłucie w piersi, tam gdziepowinno znajdować się serce. A przecież wielokrotnie słyszał od wściekłychkochanek, że nie ma serca.Cesar rzucił braciom krótkie spojrzenie ze świadomością, że nie ma im nic dopowiedzenia. Byli mu zupełnie obcy. Towarzyszyło mu uczucie pustki, coś gorszegoniż uczucie gniewu, zazdrości czy lęku.Wrócił do samochodu i polecił kierowcy, by ruszał. Załatwione. Pożegnał sięz matką, zrobił więcej, niż zasługiwała. Dopóki jeszcze ostatnia, najmniejszacząstka jego duszy nie zmieniła się do tej pory w kamień, istniała szansa, że jeszczekiedyś znów uwierzy, znów zaufa, znów odzyska utraconą dawno temu nadzieję.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]