Accio Potter [z] drarry, Fan-fick'i
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Prolog
- Potter! To ma być jakiś żart?!
Harry zmarszczył brwi. Przed nim stał Draco Malfoy w drogiej szacie prowokująco rozpiętej pod szyją. Szaroniebieskie oczy rozszerzyły się w zdumieniu, a usta wygięły w krzywy grymas. W ułamku sekundy niedowierzanie zmieniło się we wściekłość, ale Harry zdążył zauważyć jeszcze inne uczucie, które przemknęło przez twarz Ślizgona, nim złość zmyła je ostatecznie.
Sam czuł się zdezorientowany. W jednej chwili stał w niewielkiej łazience przed lustrem, wpatrując się w swoje uparte, wiecznie rozczochrane włosy, a w następnej tonął w głębi zimnego oceanu, rozpływając się nad sposobem, w jaki rozedrgane plamki światła błądziły po twarzy pewnego blondyna. Mimowolnie uśmiechnął się, ściągając ramiona, kiedy Malfoy przeniósł spojrzenie niżej, niemal pożerając wzrokiem jego nagi tors.
1.
Boże Narodzenie nadeszło znacznie szybciej, niż Draco mógłby sobie tego życzyć. Zdawało się, że zaledwie miesiąc temu rozpoczął się rok szkolny, a już trzeba było wracać do domu na przerwę świąteczną. Tym razem jakoś nie mógł wzbudzić w sobie entuzjazmu – nie pomogło mu nawet odejmowanie punktów pierwszoroczniakom. Kiedy wszyscy się pakowali, on włóczył się po korytarzach, żeby uniknąć rozmów o prezentach. Jeśli chodzi o niego, świąt mogłoby w ogóle nie być. Zwłaszcza, że rano dostał list od matki...
Napisała w nim, że ona i Lucjusz wybierają się na święta do Francji. Zobowiązania towarzyskie, podtrzymanie ważnych znajomości itd. Żadne wytłumaczenie nie brzmiało dość dobrze, a że państwo Malfoy’owie nie chcieli zabrać ze sobą syna...? Cóż, nie zamierzał narzekać. Odkąd sięgał pamięcią, rodzice traktowali go bardziej jako narzędzie. Potomek, dziedzic, ale żeby od razu kochany syn? To nie w ich stylu. Niemniej Draco wolał spędzać święta samotnie, niż pozostać w Hogwarcie, dlatego każdego roku wracał do Malfoy’s Manor.
Szedł właśnie jednym z korytarzy, przyozdobionym girlandami i tu i ówdzie jemiołą. Nie wiedział dlaczego, ale bardzo go denerwowały te wszystkie ozdoby. Na choinki w Wielkiej Sali nie mógł już patrzeć, podobnie jak na roześmiane twarze reszty uczniów. Niestety już za godzinę będzie zmuszony wsiąść ze wszystkimi do pociągu. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że czeka go długa i męcząca podróż...
Rozwścieczony, kopnął mijaną zbroję. Kiedy znikał za rogiem korytarza, słyszał za sobą ciche pobrzękiwanie i przekleństwa. Westchnął ciężko, przywdziewając na twarz swoją maskę i przygotowując się mentalnie na wkroczenie wśród ludzi. Nikt nie powinien widzieć Malfoy’a w chwili słabości.
- Dracusiu! – to Pansy przedzierała się do niego przez tłum w Sali Wejściowej.
Udał, że jej nie zauważył i prędkim krokiem skierował się do lochów. Poszedł jeszcze raz sprawdzić swój kufer, choć doskonale wiedział, że spakował wszystko, czego mu było potrzeba. Reszta mieszkańców jego domu schodziła mu z drogi, nauczona doświadczeniem ostatnich kilku dni, aby nie prowokować go do rzucania klątw. Tylko ta idiotka Pansy gnębiła go na każdym kroku!
- Dracusiu, poczekaj na mnie!
Zatrzymał się i zacisnął dłonie w pięści. Ostatkiem sił powstrzymywał się, żeby na nią nie nawrzeszczeć. Czekał, aż Pansy dogoni go i wydusi z siebie to, co miała mu do powiedzenia.
- Myślałam, że nigdy cię nie dogonię.
- Streszczaj się, Pansy – warknął Draco. Stali na szczycie schodów prowadzących do lochów. Nie było ich widać z Sali Wejściowej, za to mieli doskonały widok na kręcących się po niej uczniów. Toteż cierpliwość Dracona została wystawiona na próbę – większość żegnała się i obdarowywała drobnymi podarkami.
Tymczasem Pansy wydęła usta i zrobiła urażoną minę. „Czemu ta baba się na mnie uwzięła?” – pomyślał Draco, nawet nie starając się zachowywać uprzejmiej.
- Nie mam całego dnia, żeby czekać – wysyczał przez zaciśnięte zęby, po czym odwrócił się i odszedł, nim dziewczyna zdążyła zareagować.
Poirytowany wpadł do swojego dormitorium i zatrzasnął za sobą drzwi. Gdy tylko znalazł się sam, zaczął demolować komnatę. Kopał łóżko, rzucał wszystkim, co nawinęło mu się pod rękę, a nawet rozdarł poduszkę, z której wysypało się pierze.
- Cholera, cholera, cholera!
W końcu zadyszał się i opadł na materac. Twarz ukrył w dłoniach, usiłując odzyskać panowanie nad sobą. Co się z nim dzieje? Czemu tak reaguje? Zwykle nie miał problemów z samokontrolą. Cóż, będzie musiał jakoś przetrwać najbliższe godziny, a potem... Jakoś to będzie.
- Draco?
Ktoś stał pod drzwiami pokoju i cicho zapukał. Draco nie odezwał się, ale gość nie odszedł.
- Wiem, że tam jesteś. Mogę wejść?
I nie czekając na odpowiedź, przybysz uchylił drzwi i wetknął głowę do środka.
- Zabini, to ty! – westchnął z ulgą Draco. – Myślałem, że może...
- Spoko. Jak się czujesz?
Draco uśmiechnął się niepewnie i skinął głową, odpowiadając na nieme pytanie przyjaciela.
- Znowu zostawiają mnie samego. Zdążyłem się już przyzwyczaić.
Zabini przyglądał się badawczo Draconowi, szukając jakiejkolwiek wskazówki. Czy Ślizgon mówił prawdę? Czy nie reagował gorzej, niż w poprzednich latach?
- Jeśli chcesz, możesz wpaść do nas. Rodzice nie będą mieli nic przeciwko.
- Dzięki, ale nie skorzystam.
Zabini doskonale zdawał sobie sprawę, z jakiego powodu Draco odmówił. Kto to widział, żeby syn arystokratów spędzał święta z dala od rodziny? Nawet jeśli faktycznie rodzice zostawiali go samemu sobie, nikt nie powinien się o tym dowiedzieć. Mimo wszystko czuł, że powinien zapytać – z troski o przyjaciela.
- Szybko minął ten semestr, nie? – odezwał się po chwili Draco.
- No. A dopiero co był wrzesień.
- Wiesz może, czego chce ode mnie Pansy? Łazi za mną od samego rana i nie mogę się jej pozbyć.
Zabini zachichotał.
- A, to. Nic takiego, pewnie dowiesz się w pociągu.
- Blaise!
Ale Zabiniego już nie było, a drzwi zamykały się z cichym trzaskiem. Draco westchnął po raz setny tego nieszczęsnego dnia i wstał. Jeśli nie chciał spóźnić się na pociąg, powinien już wsiadać do powozów.
2.
Przez całą drogę do Londynu Draco musiał wysłuchiwać radosnych rozmów kolegów i koleżanek. Wszyscy albo grali w Eksplodującego Durnia, albo obmyślali, co będą robić w czasie wolnym. W takich momentach Draco bardzo zazdrościł pewnemu Gryfonowi, który mógł się ukryć pod peleryną niewidką i uciec do pustego przedziału. W jego przypadku nie miało to sensu – i tak prędzej czy później Pansy albo ktoś inny odnalazłby go, burząc jego święty spokój.
Siedział więc w jednym przedziale ze Ślizgonami ze swojego roku i obserwował z dezaprobatą, jak się wygłupiają, oraz krzywił się, kiedy wybuchali gromkim śmiechem. Z ulgą zauważył, że krajobraz za oknem staje się mniej dziki, i że od czasu do czasu w oddali można zauważyć ludzkie domostwo. Przysiągłby, że pociąg wlecze się dwa razy wolniej niż zwykle.
- Dracusiu, chciałam... ja...
Draco oderwał wzrok od szyby, z przerażeniem stwierdzając, że przedział niemal opustoszał. Został tylko on i Pansy. „Kiedy...? Nawet nie zauważyłem!”
- Hm... – Pansy miała wyraźne problemy z wysłowieniem się. Dopiero teraz Draco przyjrzał się jej uważnie i dostrzegł, że policzki ma mocno zaróżowione a spojrzenie szkliste i wlepione we własne dłonie.
- Czego chcesz, Pansy? – spytał najbardziej zdystansowanym tonem, na jaki było go stać.
- Ja... To dla ciebie, Dracusiu... pomyślałam sobie, że są święta i pewnie się ucieszysz i...
Wyciągnęła ku niemu nieśmiało niewielki pakunek, właściwie bardziej ozdobną kopertę. Draco uniósł wysoko jedną brew, ale przyjął prezent bez słowa i bez zaglądania do środka schował go do kieszeni.
- Nie otworzysz?
Wielkie, wilgotne oczy podniosły się na niego. Były puste, podobnie jak ich właścicielka, ale w tej chwili groziły potokiem łez, więc, chcąc nie chcąc, Draco musiał złagodnieć, by nie urazić swojej oddanej przylepy.
- Myślałem, że prezenty otwiera się w Bożonarodzeniowy poranek?
- Och! – westchnęła Pansy i od razu się rozpromieniła, a Draco natychmiast pożałował swojego kłamstwa. Tak naprawdę wcale nie zamierzał otwierać tego prezentu. Nie był ani odrobinę ciekawy, co też Pansy mogła mu kupić – lub podarować.
- Gdzie się wszyscy podziali? – zmienił temat, nim Ślizgonka zdążyła powiedzieć coś więcej niż krótkie „och!”
- Jacyś drugoroczniacy z Hufflepuffu się bili, więc poszli popatrzeć.
Draco przyjął informację do wiadomości i powrócił do kontemplowania zmieniającego się krajobrazu. Niedługo mieli wjechać na peron, gdzie wreszcie uwolni się od towarzystwa tej przeklętej Parkinson i reszty radosnych uczniów. Będzie mógł w spokoju zatracić się w samotności, spędzając dnie w wielkim łożu z baldachimem. O tak, na to czekał z niecierpliwością... żadnych obowiązków, nikogo na głowie, kto kazałby mu wstawać i schodzić na śniadanie!
Nagle poczuł ciepłą dłoń na swojej. Odruchowo wyszarpnął rękę i zaplótł obydwie na piersi. Morderczym spojrzeniem obrzucił zastygłą w bezruchu dziewczynę. Odwróciła głowę, żeby nie mógł zobaczyć wyrazu jej twarzy (za co w głębi ducha był jej niezmiernie wdzięczny, wyglądała okropnie nawet kiedy się śmiała), ale nie zabrała dłoni. Pozwoliła jej leżeć tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się dłoń Dracona.
- Odbiło ci? – warknął.
Nie odpowiedziała. Najwyraźniej walczyła z kluchą w gardle, ale tym razem blondyna już to nie obchodziło. Owszem, był mściwy, i postanowił wyżyć się na bezdennie głupiej istocie, która od sześciu lat nie potrafiła zrozumieć znaczenia słowa „Nie”.
- Potrafisz mówić?
- Myślałam...
- Że co, że swoją ohydną łapą sprawisz mi przyjemność? Że odwzajemnię gest? Że pozwolę ci trzymać się za rękę choć przez sekundę?
Draco krzyczał, doprowadzony do szewskiej pasji. Przerażone spojrzenie Pansy tylko podsycało jego gniew. Był zdeterminowany, by powiedzieć jej wszystko prosto w twarz, w nadziei, że może tym razem go zrozumie.
- Nie mam najmniejszej ochoty zbliżać się do ciebie bliżej niż na odległość kija od miotły! – kontynuował. – Jesteś paskudna i jesteś dziewczyną!
Dyszał ciężko, jak po długim biegu. Odwrócił głowę do okna, ale widział tylko rozmazane plamy. Krew szumiała mu w uszach, serce łomotało w piersi.
- Co złego jest w tym, że jestem dziewczyną? – spytała przerażona Pansy.
Draco zrozumiał, że posunął się za daleko. Powiedział o jedno słowo za dużo, a ta idiotka musiała się akurat do tej części jego wypowiedzi doczepić. Na szczęście w tym samym momencie rozległ się głos konduktora, który oznajmił, że za dziesięć minut wjadą na peron dziewięć i trzy czwarte, więc bez słowa wstał i opuścił przedział.
Mijając Pansy, niemal słyszał obracające się mozolnie trybiki w jej małym móżdżku. „Ciekawe, czy się połapie?” – pomyślał, tym razem bardziej rozbawiony niż zdegustowany.
Na korytarzu spotkał mnóstwo rozemocjonowanych uczniów. Niektórzy żegnali się, jakby czekał ich co najmniej miesiąc rozłąki, a nie tylko kilka dni, inni wręczali sobie ostatnie prezenty, wreszcie byli i tacy, którzy stali samotnie, oparci o ścianę pociągu i z dezaprobatą przyglądali się temu rozgardiaszowi. Draco szybko odnalazł Zabiniego i stanął tuż koło niego.
- Dopadła cię? – spytał Blaise, na co Draco skrzywił się nieznacznie. Zabini odczytał grymas jako odpowiedź twierdzącą. – I co ci dała?
- Nie mam pojęcia.
- Nie otworzyłeś prezentu?! – zdziwił się Ślizgon.
- A co, ty byś otworzył?
- No... nie – przyznał Zabini cichym głosem. – Ale sądzę, że powinieneś. Nie musisz tego robić teraz, przy niej! – dodał pospiesznie, zauważając mordercze spojrzenie przyjaciela.
Chwilę później pociąg zatrzymał się i uczniowie wysypali się na peron, ciągnąc za sobą kufry i klatki ze zwierzętami. Draco również opuścił wagon, pozwalając, by inni wyprzedzili go. Kufer ciągnął jedną ręką, nie zwracając uwagi na otoczenie. Nie rozglądał się, ponieważ wiedział, że nikt nie przyszedł go odebrać.
- Panicz Draco! – zapiszczał głos tuż koło łokcia.
- Szpetku, zabierz kufer do mojej sypialni – rozkazał bezbarwnym głosem.
- A panicz?
- Użyję świstoklika, jak tylko załatwię pewną sprawę.
Wyciągnął dłoń, na którą skrzat posłusznie upuścił srebrny klucz. Draco schował go do kieszeni spodni i oddalił się w kierunku wyjścia z peronu, nie czekając, aż Szpetek zniknie z cichym trzaskiem. Przepchnął się przez tłum i stanął na przedzie kolejki. Nie zważał na gniewne głosy za nim. Miał już serdecznie dość, chciał się jak najszybciej wydostać z budynku i uwolnić od szkolnych kolegów. Byle jak najdalej od nich.
3.
Draco wszedł do przestronnego hallu ze skrzynką wina w rękach.
- Szpetek zaniesie to do kuchni! – zapiszczał skrzat, podbiegając do Dracona i wyjmując mu z rąk alkohol.
- Tylko ostrożnie! I ani słowa moim rodzicom.
- Sir – pisnął skrzat, kłaniając się nisko.
Draco przeczesał w roztargnieniu palcami włosy. Jeszcze był nieletni, co nie znaczy, że był niepijący. Nic wielkiego, od czasu do czasu lampka wina albo szklanka szkockiej... Oczywiście nic, co normalnie pijają czarodzieje. Gdyby pojawił się w sklepie, nikt by mu nie sprzedał ani grama alkoholu. Sprzedawcy byli też odporni na wszelkie zaklęcia. Jeśli zaś zaopatrzyłby się w wódkę na Śmiertelnym Nokturnie, jego ojciec natychmiast by się o tym dowiedział. Wystarczyło jednak wejść do pierwszego lepszego mugolskiego monopolowego, rzucić jedno małe Confundus i oto miał więcej, niż mógł wypić przez tydzień.
„Świetnie, będę miał zapas aż do egzaminów” – pomyślał, uśmiechając się pod nosem.
Poszedł do sypialni, żeby się przebrać. Jeśli miał być ze sobą szczery, to choć w mugolskich ubraniach wyglądał oszałamiająco, w szatach czarodziejów czuł się o wiele wygodniej. Kiedy ściągał wełniane spodnie, z kieszeni wypadła koperta, którą podarowała mu Pansy w pociągu.
Przez kilka minut nie ruszał się, wpatrując się w nią z mieszanymi uczuciami. W końcu schylił się i podniósł prezent, ale odłożył go na szafkę nocną, decydując, że nie ma ochoty go otwierać. Zamiast tego przywołał skrzata.
- Panicz wzywał?
- Tak. Przynieś mi coś do jedzenia i butelkę wina, które dzisiaj kupiłem.
Draco usadowił się w wygodnym fotelu i różdżką przywołał książkę, którą zaczął czytać poprzedniego wieczoru. „Może mugole nie znają magii, ale powieści piszą przednie” – skonstatował, otwierając gruby tom w miejscu, w którym tkwiła gustowna zakładka. Wsiąknął na około pół godziny, aż do czasu, w którym Szpetek podał kolację.
- Zostaw całą butelkę – zwrócił się do skrzata Draco, widząc, że ten napełnił kieliszek czerwonym płynem i zamierza zabrać resztę trunku z powrotem do kuchni.
Jadł, niewiele myśląc o otaczającym go świecie. Malfoy’s Manor była ogromna: dziesiątki pokoi i lochów, labirynt korytarzy i tajnych przejść, plątanina pomieszczeń o najróżniejszym przeznaczeniu. Nic, co by go interesowało bądź w jakikolwiek sposób sprawiało przyjemność. Ocean chłodu i pustki, a w tym wszystkim on sam – na niewielkiej wysepce zwanej jego sypialnią. Czuł się taki samotny...
W te wszystkie wieczory spędzone w towarzystwie ciszy i spokoju, pochłaniał książkę za książką, uciekał w świat marzeń, by nie myśleć o własnym życiu. Tylko wtedy miał chwilę wytchnienia, nieraz umyślnie czytając do piątej nad ranem, by ukoić krwawiącą duszę. Nic nie mogło wypędzić ponurych myśli z jego głowy, nikt nie mógł wypełnić pustki, którą odczuwał.
Ujął kieliszek z winem w dłoń i uniósł, pozwalając rubinowej poświacie rozlać się na turkusowej szacie. „Czerwone jak krew, która płynie w każdym człowieku” – pomyślał. – „Pospolite. Zwyczajne...”
Upił łyk, przymykając powieki i smakując bogaty bukiet. Smakowało mu. Nie za słodkie, z domieszką fiołków i suszonej śliwki. „W sam raz na dzisiejszy wieczór.”
Kończył trzeci kieliszek, kiedy jego wzrok padł na kopertę leżącą na szafce nocnej. Wciąż zapieczętowana, ozdobna, rozsiewająca zapach drogich perfum. Jak na gust Dracona, stanowczo zbyt ozdobna i zbyt intensywnie pachnąca. „Można się było spodziewać, że Pansy przesadzi... Zawsze przesadza.”
Wychylił się, nie odrywając arystokratycznego tyłka od fotela i chwycił papier końcami palców. Trzymał go na odległość ramienia, spoglądając nań spode łba. Otworzyć? Nie otworzyć?
- Szpetek!
- Do usług – skrzat pojawił się natychmiast u jego boku.
- Otwórz to – podał mu kopertę, ponaglając sługę wzrokiem.
Szpetek w mgnieniu oka rozerwał pieczęć i wyłuskał ze środka dekoracyjnej koperty równie bogatą kartkę złożoną na pół. Z głębokim ukłonem podał ją Draconowi, pozostając w pobliżu, gdyby młody panicz miał jeszcze jakieś życzenia.
Tymczasem Draco rozprostował kartkę i zaczął czytać. Jego oczy biegały szybko od brzegu do brzegu, rozszerzając się w miarę czytania. Nie zorientował się, że otworzył usta ze zdumienia, a ręce zaczęły mu się trząść.
- Szpetku, podaj moje dwukierunkowe lustro – rozkazał drżącym głosem.
Skrzat wepchnął mu w wyciągniętą dłoń płaski kawałek czegoś chłodnego, co – według przypuszczeń Malfoy’a, ponieważ był zbyt roztrzęsiony, żeby to sprawdzić – było małym, prostokątnym lusterkiem, jednym z dwóch połączonych ze sobą magią.
- Blaise! – warknął, unosząc gładką taflę na wysokość twarzy.
Spojrzały na niego szare, zniecierpliwione oczy o wyraźnie rozszerzonych źrenicach. Czy było z nim aż tak źle, skoro pił w samotności? Nie zdążył odpowiedzieć sobie na to pytanie, gdyż w lustrze pojawiła się twarz jego przyjaciela.
- Wreszcie! Cały wieczór czekałem, aż otworzysz ten prezent.
- Skąd...?
- To było do przewidzenia – Zabini uśmiechnął się szelmowsko.
Draco zmarszczył czoło, próbując zapanować nad odrobinę kołyszącym się pokojem.
- Jak myślisz, dlaczego mi to dała? – spytał, rzucając ozdobnej kartce niechętne spojrzenie.
- Nie podoba ci się? – zmartwił się Blaise.
Draco musiał się zastanowić, zanim odpowiedział. Nie, to nie tak, że mu się nie podoba. Raczej martwiło go to, że dostał to od niej.
- Może być. Ale Pansy?
- To ja podsunąłem jej pomysł – zachichotał Zabini. – Zamierzasz skorzystać?
Draco ponownie przyjrzał się karteczce, a potem powoli skinął głową. Zdawał sobie sprawę, że prezent musiał sporo kosztować, w końcu nie od wczoraj wiadomo, że zaklęcia tworzone dla konkretnej osoby nie należą do najprostszych.
- Długie jest?
- Cztery linijki – odpowiedział Draco, przenosząc wzrok na twarz przyjaciela. – Nie mogę uwierzyć, że to zrobiła!
- Cóż, może miała nadzieję, że to ona jest twoją idealną kochanką i jeśli wypowiesz zaklęcie, pojawi się u ciebie w domu.
Draco wyszczerzył zęby. Zabini doskonale wiedział, co myślał o Pansy (zresztą nie tylko o niej jednej), i że jej marzenia są tak samo realne, jak uzyskanie W z eliksirów przez Longbottoma. Za to jego marzenia...
- Może te święta nie będą takie złe...
- Nawet nie żartuj! Możesz sobie sprowadzić idealnego kochanka na całe trzy dni, zanim wrócą twoi rodzice! I ty chcesz jeszcze narzekać?
- No, raczej nie będę się nudził. Dzięki, Zabini.
Chłopak w lusterku uśmiechnął się i mrugnął.
- Muszę już iść – powiedział Blaise. – Do zobaczenia w Hogwarcie!
Draco pożegnał przyjaciela i cisnął lusterko na podłogę, która była już zaśmiecona innymi przedmiotami, choć Ślizgon przebywał w domu zaledwie od kilku godzin. Rozparł się wygodnie w fotelu i przymknął powieki, by móc lepiej myśleć. Idealny kochanek na całe trzy dni...
- Szpetek! Jutro wieczorem będę miał gościa. Przygotujesz wystawną kolację, do której podasz wino. I posprzątasz mój pokój.
Skrzat ukłonił się nisko, zamiatając uszami o podłogę, a następnie zniknął, pozostawiając Dracona samego. Chłopak postanowił dokończyć otwartą butelkę, wyobrażając sobie jutrzejszy wieczór.
4.
Draco obudził się koło południa. W nogach łóżka stała taca z przygotowanym śniadaniem, a na poręczy fotela leżały ubrania przygotowane do włożenia. Przeciągnął się, przysunął do siebie tacę i zaczął jeść, nie opuszczając pościeli. Powoli przeżuwał każdy kęs, starając się opanować ekscytację, która narastała w nim przez całą noc.
Idealny kochanek... Sam nie był specjalnie wysoki, więc i on musiałby mieć odpowiedni wzrost. To niedopuszczalne, żeby był wyższy. Dracona pociągali bruneci. Ciemne włosy były czymś, czego jako dziecko Ślizgon nie znał, wydawały mu się zatem egzotyczne i niezwykle atrakcyjne. Kontrast, jaki tworzyły z jasną skórą twarzy tylko potęgował seksapil partnera.
Jeśli już o tym mowa... Nie podobali mu się umięśnieni ciężarowcy! Na ich widok zbierało się młodemu Malfoy’owi na wymioty. Preferował szczupłych, o wąskich ramionach i biodrach, smukłych dłoniach, zgrabnych nogach i wyraźnie rysujących się pod skórą żebrach. W kościstym ciele było coś, co niezwykle go fascynowało, jakieś ukryte piękno. Na takie ciało Draco mógłby patrzeć godzinami, podziwiać wszystkie jego krzywizny i załamania, wodzić opuszkiem palca po każdej wystającej kości...
Ale nie samym ciałem człowiek żyje. Charakter chłopaka był dla Dracona równie ważny, co wygląd fizyczny. Miał już serdecznie dość idiotów, którzy otaczali go na każdym kroku: począwszy od jego goryli, Crabbe’a i Goyle’a a skończywszy na wszystkich służalcach ojca, z których największym przydupasem był McNair. Nie, powinien być błyskotliwy (ale bez przesady, nie mógł być inteligentniejszy od niego!), mieć własne zdanie (Draco szczerze nienawidził ludzi, którzy nie wiedzieli, czego chcą) i być odważny. Odważny, lecz jednocześnie nieśmiały, żeby mógł czerpać satysfakcję z deprawowania go.
Powinien być słodki, uroczo się rumienić, jeszcze rozkoszniej się uśmiechać a nade wszystko powinien mieć zapierające dech w piersiach spojrzenie, pod wpływem którego Draco mógłby się rozpłynąć.
Wyobrażając sobie swojego ukochanego, Draco zapomniał o bożym świecie i nie zauważył, kiedy zjadł wszystko, co skrzat położył mu na tacy. Nie był w stanie nawet powiedzieć, z czego składał się jego posiłek. Był w wyjątkowo dobrym humorze, więc bardzo go to nie zmartwiło. „Dzisiaj poznam swojego idealnego kochanka!”
Wyskoczył z łóżka i zignorowawszy przygotowane ubranie, pobiegł do salonu tylko w bokserkach. W ostateczności był przecież w domu sam, nikt więc go na tym nie przyłapie, a jakoś nie miał ochoty na zakładanie ciuchów.
Przemierzał korytarze na bosaka, nie kłopocząc się cichym mlaskaniem stóp na kamiennej posadzce. Wpadł do bawialni niczym burza i rozejrzał się uważnie.
„Nie, muszę znaleźć lepsze miejsce” – pomyślał, po czym ruszył przed siebie korytarzem, zaglądając do kolejnych pomieszczeń i lustrując je wzrokiem. Wreszcie, po godzinie, zniechęcony i rozdrażniony, wrócił do swojej sypialni, po drodze kopiąc kilka przedmiotów.
- Hrr!
Wdrapał się na łóżko i podciągnął kolana pod brodę. Zamknął oczy i usiłował się skupić, jednak przeszkadzało mu w tym bijące szybciej niż zwykle serce. Nieustannie powracał myślami do swojego wyśnionego ideału. Do wieczora wciąż pozostawało sporo czasu... Musi wytrzymać.
Wiedział, że żadna książka nie oderwie go na tyle, żeby przestał co chwilę zerkać na zegarek. Nie miał dosłownie nic do zrobienia, a odrabianie lekcji nie wchodziło w grę. Zamiast tego kazał przygotować sobie gorącą kąpiel, postanawiając się zrelaksować.
W wannie spędził ponad dwie godziny. Siedział w niej, dopóki woda nie wystygła, a wtedy wyszedł i nałożył na skórę balsam o różanym zapachu. Wmasowywał go delikatnie, nie omijając ani jednego miejsca. Dbając o swój wygląd mógł nie myśleć o zbliżającym się wydarzeniu, ale wkrótce skończył pielęgnować skórę, umył i starannie wysuszył włosy i nie miał już nic więcej do roboty w łazience.
Chcąc nie chcąc, wrócił do sypialni i otworzył szafę. Stał przez nią dobre pół godziny, ślizgając się wzrokiem od ubrania do ubrania. Wybrał trzy szaty i dwa zestawy mugolskich ubrań, następnie każde z nich założył i uważnie obejrzał się w lustrze. Najkorzystniej wyglądał w odważnie wykrojonej szacie koloru ametystu. Idealnie podkreślała kolor jasnych, niemal białych włosów, jednocześnie poprawiając koloryt ust. Przyjrzał się sobie krytycznie, po czym rozpiął guzik w kołnierzu, potem jeszcze jeden i kolejny, aż na wysokość obojczyków. Uznał, że nie powinien zakładać żadnej biżuterii, byłoby to zbytnią przesadą. Postawił na skromność i prostotę.
Chciał, żeby wszystko było idealnie, zaczął więc krążyć po komnacie, zastanawiając się, gdzie umieścić stół. Przesuwał fotel i łóżko tyle razy, że już nie był pewien, w jakiej konfiguracji stały pierwotnie. Po długich zmaganiach ze swoim ego, ostatecznie stworzył zaciszny kącik oddzielony od reszty pokoju gustownym przepierzeniem. Na środku wydzielonej w ten sposób przestrzeni umieścił łó...
[ Pobierz całość w formacie PDF ]